Przejdź do głównej zawartości

Bez nazwy i poza układami



Kilka tygodni temu tajemniczy, limitowany, nienazwany album Jacka White’a zaczął krążyć po wybranych sklepach Third Man Records na całym świecie. Ci, którzy zdobyli ten krążek, wychwalali go pod niebiosa, twierdząc, że to jego najlepsze dzieło od lat. Mieli rację. Jack White po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych, a zarazem innowacyjnych artystów na współczesnej scenie muzycznej – niezależnie od tego, czy unika światła reflektorów, będąc członkiem wspierającym zespoły The Raconteurs i The Dead Weathe, czy nagrywa dwie różnie brzmiące płyty w jednym roku, czy też odbywa niezapowiedziane koncerty w niewielkich klubach, których celem jest promocja nowych utworów. Jego najnowsze dzieło No Name [2024] wychodzi poza ramy konwencjonalnej muzyki rockowej, oferując słuchaczom surową energię przypominającą wczesne lata twórczości u boku The White Stripes. Pełnowymiarowy album wydany w dość niekonwencjonalny sposób dowodzi, że White nie boi się rzucić wyzwania kostniejącym normom przemysłu muzycznego i czerpać inwencję twórczą z myślenia poza schematami, co w ostatnich latach stało się znakiem rozpoznawczym muzyka. Wszystko to miesza, kwestionuje, a czasami idzie pod prąd wcześniejszym ustaleniom, a jednocześnie nie ma negatywnego wpływu na przebieg kariery znakomitego gitarzysty. Wręcz przeciwnie. Były frontman White Stripes chyba nigdy nie był bardziej popularny niż w obecnej chwili. 

Od pierwszych dźwięków No Name staje się jasne, że White wraca do swoich rockowych korzeni, jednocześnie przekraczając granice, które wcześniej sam sobie wyznaczył. Old Scratch Blues rozpoczyna album agresywnym gitarowym riffem, który natychmiast przyciąga uwagę słuchacza. Gdy chwilę później muzyk swoim manierycznym głosem rzuca: Dowiesz się, co musisz oddać za darmo, by stać się sprzedawczykiem, staje się jasne, jak wysoką poprzeczkę rockman ustawia dla pozostałych dwunastu nagrań. Muzyk zawsze był znany z zamiłowania do eksperymentów. No Name nie jest tutaj wyjątkiem. Każdy utwór na płycie to odrębna opowieść, która pokazuje różnorodność brzmieniową bazującą na szerokiej panoramie rockowym wpływów. Album inspirowany rozczarowaniem artysty światem zewnętrznym, wyraża frustrację brutalnym surowym brzmieniem. White bogatszy o wieloletnie doświadczenie sprowadza teraz wszystko do podstawowych elementów, czyniąc z tego jeden z najbardziej spektakularnych kroków wstecz, jakie wykonał w swojej karierze. 
                                                                                   
Nawet przy takim surowym podejściu jego umiejętność tworzenia znakomitych utworów pozostaje niezmieniona. W każdej piosence drzemie wysokie napięcie, a słuchacz intuicyjnie czuje, że za chwilę nadejdzie moment, kiedy wszystko wymknie się spod kontroli. W Archbishop Harold Holmes muzyk staje się paranoicznym kaznodzieją, który rozpaczliwie próbuje prowadzić ludzi do zbawienia przy jednych z najbardziej palących riffów na całej płycie. W przewrotnym rock’n’rollowym nagraniu Bombing Out trudno wybrać, co jest bardziej porywające: drapieżna linia wokalu, ogniste gitarowe solo czy funkowe perkusyjne wzmożenie. Trzeba jednak podkreślić, że gitara elektryczna White’a zdecydowanie przewodzi wszystkim utworom i sprawia największą radość. Jest dzika, nieokrzesana, brutalna, a czasami zdumiewająco efektowna – jak w utworze That’s How I’m Feeling, gdy naśladuje sygnał wybranego numeru telefonu, albo gdy staje się dziwacznie migotliwa, jak w nagraniu It’s Rough On Rats. Jest tutaj zauważalna pilność, której w twórczości gitarzysty brakowało od dłuższego czasu. W połączeniu z dobitnymi tekstami i biegłością aranżacyjną daje to znakomite rezultaty. Zamykający płytę Terminal Archenemy Endling zaskakuje słuchacza psychodeliczną aurą i niecodziennym wykorzystaniem efektów. Jaki jest sens bycia wolnym, jeśli jestem całkiem sam – wykrzykuje White, podczas gdy linia basu zawzięcie walczy z dominacją gitarowych przesterów i mocarnych bębnów w stylu Johna Bonhama, a potem domyka projekt gasnącą ścieżką ujadających psów. 

No Name jest ekscytujący do niemal upajającego stopnia – nie zawodzi ani na chwilę. Czasem wszystko, czego potrzebujemy to dawka mocarnego rockowego szaleństwa, które działa jak znieczulenie pozwalające zapomnieć o bałaganie współczesnego świata. Jack White wznosi się tutaj na artystyczne wyżyny. Przechodzi do sedna, łamie gnaty. Sprawia, że klasyczne rockowe wzorce wciąż mogą sprawić dużo przyjemności.


Third Man Records, 2024
Foto: Wallpaper

Komentarze

  1. Rockmaniak12 sierpnia

    Według mnie gitarowe mistrzostwo i jedna z najciekawszych klasycznych płyt rockowych ostatnich lat.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niewierny Tomasz12 sierpnia

    Jest głośno i zadziornie, czyli to co lubię

    OdpowiedzUsuń
  3. Chwytliwy, skuteczny i angażujący album White’a. Do tego mięsista produkcja i niezłe bębny Patricka Keelera. Jestem pozytywnie zaskoczony.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bartek Sikora18 sierpnia

    White dobitnie pokazuje, że do tzw. końca muzyki rockowej jeszcze daleka droga.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz