Radość z odkrywania muzyki ma w sobie coś z odnajdywania miejsc, które z niewyjaśnionych przyczyn były dla nas niewidoczne. Nie jest to satysfakcja kolekcjonera odhaczającego kolejne pozycje. To bardziej subtelne uczucie, nagłe poszerzenie świata. Utwór sprzed kilku lat potrafi wybrzmieć tak, jakby został napisany wczoraj – dla nas, w konkretnym momencie życia. Jest w tym odkrywaniu szczególny paradoks, bo największa radość rodzi się często z poczucia spóźnienia. Oto trafiamy na album, o którego istnieniu wszyscy wiedzieli, tylko nie my; lub na artystę, którego kariera dobiegła końca, zanim zdążyliśmy w ogóle usłyszeć jego nazwisko. Z pozoru to powód do małej frustracji, jednak szybko pojawia się uczucie ulgi: niczego nie trzeba gonić, niczego udowadniać i dalej szukać muzyki kierując się własną intuicją. Takie nagłe olśnienia uczą pokory wobec własnych nawyków. Pokazują, jak wiele tracimy, gdy słuchamy wyłącznie tego, co już zostało nazwane ważnym. Wydany dwa lata temu album Mel...
Twórczość Hani Rani – polskiej pianistki, wokalistki i kompozytorki wyrasta z rzadkiej umiejętności słuchania świata tak, jakby był gotową partyturą. Jej muzyka opisuje emocje, korzystając z materii subtelnej: szmeru świata zewnętrznego, akustyki pomieszczeń, stukotu klawiatury otwartego pianina, drżenia strun. W kompozycjach Rani dźwięki otoczenia nie pełnią funkcji efektu specjalnego, stają się współautorem narracji – czasem głównym bohaterem: delikatnym, kruchym, niepozornym, ale niosącym znaczenie. W centrum tego języka zazwyczaj stoi fortepian traktowany klasycznie i intymnie. Rani nie ukrywa fizyczności instrumentu. Przeciwnie, eksponuje mikroszczegóły: szelest mechanizmu, stukot klawiszy, skrzypienie siedziska, pracę pedału, stłumiony odcisk filcu. Takie brzmieniowe drobiazgi budują wrażenie bliskości, jakby słuchacz siedział tuż obok, gdzie w przestrzeni słychać muzykę, a także jej narodziny. Ten rodzaj bliskości łączy się z elektroniką, pogłosami, warstwami dronów ...