Przez długi czas hiperpop wydawał się zjawiskiem nie tylko estetycznie wątpliwym, ale wręcz kulturowo podejrzanym. Kiedy mniej więcej dekadę temu wszedł z hukiem do szerokiego obiegu, brzmiał jak coś zupełnie niepojętego: muzyki krzykliwej, bezczelnej, poszatkowanej, świadomie odmawiającej chwili skupienia. Połamane struktury, nagłe zwroty akcji, przesterowana elektronika, wokale i plastikowy nadmiar wszystkiego sprawiał wrażenie hałaśliwego bałaganu, który eksplodował w głowie, zostawiał ślad i znikał, zanim zdążyliśmy zadać pytanie, komu i czemu właściwie służy? To pierwsze, dość powierzchowne wrażenie nie w pełni oddaje istotę całego zjawiska. Hiperpop wyrósł przecież z konkretnego środowiska klasowego, ekonomicznego i technologicznego: z internetu przyspieszonego, memicznego, podporządkowanego logice korporacyjnych platform i algorytmów. Jego forma wydaje się idealnie skrojona pod bezmyślne scrollowanie. Nie domaga się cierpliwego trwania ani uważnego przestudiowania twórczych konc...
Twisted Teens wyrasta z miejsca o własnym pulsie i wyrazistym języku. Słychać w nim Nowy Orlean, choć nie w formie grającej pocztówki, a w wersji szorstkiej, przybrudzonej, nasiąkniętej dźwiękiem ulicznych parad sąsiadujących z hałasem garażowych wzmacniaczy. Zespół nie próbuje odtwarzać lokalnego folkloru ani składać grzecznego hołdu lokalnej tradycji. Biorą z niej nerw, zadziorność i poczucie ciągłego ruchu, po czym wrzucają te atrybuty w sam środek rockowego ogniska. Efekt ma w sobie coś z rozedrganej hybrydy garażowego country-rocka, surowego punku i nowoorleańskiej melancholii przepuszczonej przez pudło stalowej gitary. Na płycie Twisted Teens – Blame the Clown [2026] najciekawsze pozostaje napięcie między dwoma biegunami. Z jednej strony słychać kanciastą energię opartą na powtórzeniach, chropowatości i rytmicznym naporze, z drugiej pojawia się pedal steel RJ Santosa – instrument zwykle kojarzony z liryzmem, przestrzenią i nostalgicznym oddechem, a wszystko razem idealnie...