Ásgeir porzuca bezpieczny azyl cudzych słów. Po wydaniu kilku płyt opartych na tekstach pisanych przez innych, islandzki artysta postanowił przemówić własnym językiem. Ten gest nabrał ciężaru kolejnych decyzji stylistycznych. Na płycie Julia [2026] słychać subtelną zmianę warsztatu, a także przesunięcie środka ciężkości z opowieści podanych przez filtr, w stronę historii przeżytych osobiście. Ásgeir zawsze śpiewał tak, jakby emocje były jedyną formą prawdy, a wrażliwość narzędziem przypominającym instrument. Nowy album te cechy wzmacnia, chociaż nie jest zbudowany z rewolucyjnych deklaracji. Brzmieniowo Julia ląduje na fundamencie gitary akustycznej prowadzącej narrację i rozległej przestrzeni zostawionej wokalowi. W nagraniach czuć dyscyplinę i zamysł twórczy. Nic tu nie przytłacza, nic nie wpycha się przed szereg. Instrumentarium zostaje podane w dawkach idealnie odmierzonych, a całość zachowuje przyjemny indie-folkowy charakter nawet wtedy, gdy aranżacje łagodnie się rozrasta...
Trudno dorastać jako punkowy zespół. Przez prawie dwie dekady kalifornijski Joyce Manor unikał większych potknięć, wypuszczając równy strumień konsekwentnie chwytliwych, bezpośrednich piosenek. Ich zadziorna muzyka nigdy nie potrzebowała wielkich gestów ani koncepcyjnych sztafaży. Wystarczały krótkie formy, ostre riffy, nerwowy śpiew Barry’ego Johnsona i punktualne refreny wykrzyczane w wypełnionym po brzegi klubie. Na nowej płycie I Used To Go To This Bar [2026] ten sprawdzony model wraca, ale Joyce Manor brzmi dojrzalej, nie przez porzucenie własnego języka, tylko przez zmianę perspektywy. Więcej tu życiowego balastu, nieco mniej punkowej brawury. Nawet gdy tempo dziewięciu krótkich miniatur goni do przodu, w środku słychać emocjonalny ciężar domykający album w niespełna dwadzieścia minut. Płyta staje w pół kroku pomiędzy dwoma biegunami – hałaśliwym Joyce Manor i dorosłą, uporządkowaną odsłoną grupy. Za konsoletą pojawia się Brett Gurewitz, postać-instytucja związana z Bad Relig...