Przejdź do głównej zawartości

Posty

Kiedy rytm pamięta, a melodia wędruje

Radość z odkrywania muzyki ma w sobie coś z odnajdywania miejsc, które z niewyjaśnionych przyczyn były dla nas niewidoczne. Nie jest to satysfakcja kolekcjonera odhaczającego kolejne pozycje. To bardziej subtelne uczucie, nagłe poszerzenie świata. Utwór sprzed kilku lat potrafi wybrzmieć tak, jakby został napisany wczoraj – dla nas, w konkretnym momencie życia. Jest w tym odkrywaniu szczególny paradoks, bo największa radość rodzi się często z poczucia spóźnienia. Oto trafiamy na album, o którego istnieniu wszyscy wiedzieli, tylko nie my; lub na artystę, którego kariera dobiegła końca, zanim zdążyliśmy w ogóle usłyszeć jego nazwisko. Z pozoru to powód do małej frustracji, jednak szybko pojawia się uczucie ulgi: niczego nie trzeba gonić, niczego udowadniać i dalej szukać muzyki kierując się własną intuicją. Takie nagłe olśnienia uczą pokory wobec własnych nawyków. Pokazują, jak wiele tracimy, gdy słuchamy wyłącznie tego, co już zostało nazwane ważnym.  Wydany dwa lata temu album Mel...
Najnowsze posty

Trafić w czuły punkt emocji

Twórczość Hani Rani  – polskiej pianistki, wokalistki i kompozytorki   wyrasta z rzadkiej umiejętności słuchania świata tak, jakby był gotową partyturą. Jej muzyka opisuje emocje, korzystając z materii subtelnej: szmeru świata zewnętrznego, akustyki pomieszczeń, stukotu klawiatury otwartego pianina, drżenia strun. W kompozycjach Rani dźwięki otoczenia nie pełnią funkcji efektu specjalnego, stają się współautorem narracji – czasem głównym bohaterem: delikatnym, kruchym, niepozornym, ale niosącym znaczenie. W centrum tego języka zazwyczaj stoi fortepian traktowany klasycznie i intymnie. Rani nie ukrywa fizyczności instrumentu. Przeciwnie, eksponuje mikroszczegóły: szelest mechanizmu, stukot klawiszy, skrzypienie siedziska, pracę pedału, stłumiony odcisk filcu. Takie brzmieniowe drobiazgi budują wrażenie bliskości, jakby słuchacz siedział tuż obok, gdzie w przestrzeni słychać muzykę, a także jej narodziny. Ten rodzaj bliskości łączy się z elektroniką, pogłosami, warstwami dronów ...

Oddychając nadmorską bryzą

W muzyce Searows przyroda oddycha, szumi, osiada na skórze jak wilgoć znad Pacyfiku, stając się równorzędnym bohaterem wewnętrznego rozdarcia. Alec Duckart wychowany w Portland pisze tak, jakby każdy wers powstawał w półmroku świerkowego lasu, a każde niedopowiedzenie miało smak kryształków soli niesionych wiatrem z wybrzeża. Ta geografia nie jest mapą. To układ nerwowy jego twórczości. Death in the Business of Whaling [2026] jest drugim krokiem artysty budującego świat ściśle związany z naturą, gdzie emocjom towarzyszy zmienna pogoda, a czułość i bezsilność przypominają prądy morskie, raz spokojne, raz rozrywające brzeg.  Jeśli debiutancki album Searows – Guard Dog [2022] trwał w niedopalonej ciszy, nowa płyta idzie w stronę większej objętości i aranżacyjnej odwagi. Chodzi o lekko zamgloną atmosferę i produkcję Trevora Spencera, w której instrumenty tworzą rozmyte kontury, pogłosy rozciągnięte jak horyzont, smyczkowe cienie i gitarowe harmonie zebrane na kształt indie-folkowego ...

Pustynny blues w cieniu modularnych syntezatorów

Imarhan od dekady funkcjonują jako jeden z najciekawszych głosów współczesnej sceny tishoumaren: muzyki pochodzącej z tuareskiej tradycji gitarowej, ale chłonącej współczesne motywy stylistyczne, których trudno szukać u innych wykonawców uprawiających desert blues. Pochodzący z Tamanrasset kwintet od początku wyróżniał się szczególnym zmysłem melodycznym – potrafił ubrać surową, transową konstrukcję pustynnego bluesa w ornamentykę kojarzoną z arabskim Maghrebem, nie tracąc przy tym charakterystycznej melancholii i rytmicznej sprężystości. Na płycie Essam [2026] ta cecha staje się znakiem rozpoznawczym, ale też osią, wokół której zespół buduje najbardziej odważną, dopracowaną brzmieniowo narrację w całej dyskografii.  Album od pierwszych minut zwraca uwagę sposobem prowadzenia produkcji. Emile Papandreou wzbogaca świat Imarhan o dodatkowy wymiar. Eteryczne syntezatory modularne nie konkurują tu z gitarami ani warstwą rytmiczną, lecz tworzą dla nich rozległy horyzont. Dzięki temu ...

Upadek Planety X

Sleaford Mods to intrygujące zjawisko na styku muzyki, kultury i reportażu społecznego. Duet, który za pomocą minimalistycznych środków wyrazu produkuje broń masowego rażenia, a z pozornie prymitywnej formy, narzędzie precyzyjnej diagnozy brytyjskiej codzienności. Ich twórczość jest jednocześnie punkową kontynuacją tradycji mówienia prawdy wprost, a zarazem współczesnym strumieniem społecznego buntu, bezradności, ironii.  Trzon Sleaford Mods stanowią dwie barwne postaci: Jason Williamson – autor tekstów i wokalista, którego styl to coś pomiędzy melodeklamacją a monologiem wściekłego stand-upera oraz Andrew Fearn odpowiedzialny za warstwę muzyczną, bity i proste, zapętlone podkłady. Co ważne, szkielet rytmiczny twórczości Sleaford Mods jest celowo surowy, powtarzalny, czasem wręcz ascetyczny, jakby miał tylko trzymać puls, żeby słowa mogły uderzać z maksymalną siłą. Ten minimalizm ma sens społeczny. Sleaford Mods brzmią tak, jak wygląda rzeczywistość, o której opowiadają: tan...

Gdy muzyka wymyka się etykietom

Począwszy od debiutu New Long Leg [2021] brytyjska formacja Dry Cleaning konsekwentnie ustawia poprzeczkę dla współczesnego postpunku: nie przez eksponowanie brudu gitar i nerwowego tempa, lecz przez precyzję obserwacji i świadome rozmieszczenie napięcia między chłodną narracją a impulsywną tkanką nagrań. Wydany rok później Stumpwork [2022] był krokiem w stronę większej melodyjności, ale dopiero Secret Love [2026] brzmi jak płyta, na której wszystkie siły zespołu: liryczna, aranżacyjna i producencka spotykały się w jednym, dojrzałym punkcie. Zamiast medialnie wracać po "długiej przerwie", nowy album pojawił się jak logiczna kulminacja: bardziej dramatyczny, bardziej różnorodny, ale wciąż rozpoznawalny po kilku taktach.  Najważniejszym instrumentem zespołu nadal pozostają monologi Florence Shaw, pozornie beznamiętne, ale precyzyjnie modulowane, skrojone pod mikroobserwacje i nagłe skręty w absurdalny ton. Jego sarkastyczne poczucie humoru działa jak stabilny horyzont, wzg...

W objęciach flamenco

Sztuka flamenco działa na słuchacza jak dobrze opowiedziana historia: wciąga, przyspiesza tętno, potrafi zranić i uleczyć w tym samym momencie. Gdy jej centrum stanowi gitara uzupełniona żarliwym wokalem, powstaje uczucie napięcia pomiędzy dyscypliną a spontanicznością, precyzyjnym rytmem a nieprzewidywalnym wybuchem emocji. Urok tej kombinacji bierze się z faktu, że muzyka flamenco niczego nie udaje. Jest żywą energią samą w sobie. Słychać w niej chropowatość głosu, napięcie oddechu, gwałtowność ataku strun, na których wisi cały sens. Flamenco często rodzi się z niedoskonałości: z pęknięcia barw, z szorstkiego vibrato, z uderzenia palców o pudło gitary brzmiących jak niezdarny krok na wyboistej drodze życia. Słuchanie flamenco przypomina wejście do świata o własnych prawach czasu. Wiele stylów flamenco opiera się na cyklach rytmicznych compás przypominających koło: cykle wracają, ale za każdym razem niosą inną energię. Nawet na słuchacza nieznającego teorii, compás działa instynkt...

W półmroku niepewnej przyszłości

Been Undone – Dark Side Mix [2026] brzmi jak wiadomość wysłana z pogranicza snu i technologicznej jawy – niczym komunikat o stanie ludzkości w epoce, która sama siebie przyspiesza. Peter Gabriel wraca tu w formie rozpoznawalnej, a jednak wycofanej o pół kroku w stronę cienia. To nie jest powrót nostalgii, raczej ponowne wejście do laboratorium, gdzie emocje bada się jak zjawiska fizyczne, a intymność przybiera chwiejną formę o nieprzewidywalnej dynamice. Już sam tytuł pierwszego utworu Petera Gabriela otwierającego cykl comiesięcznych księżycowych premier, sugeruje ruch wsteczny – rozmontowanie czegoś, co dotąd trzymało sieć wzajemnych powiązań, relacji, tożsamości, pewności siebie. Tytuł Been Undone niesie w sobie dwuznaczność: bycie "odczynionym" jak z zaklęcia i bycie "rozebranym" z wielu warstw, z narracji, z ochronnych masek. I właśnie to odsłanianie jest tutaj najbardziej intrygujące, bo nie daje ulgi w postaci kulminacji, tylko wciąga w stan ciągłej uważ...

Między Dylanem a Everly Brothers

Dwudziestoletnia kariera Jerry’ego Legera to przykład rzadkiej dziś konsekwencji: bez wielkich kampanii reklamowych, bez medialnych skandali, za to z niezmiennie wysokim poziomem pisania piosenek i żelazną dyscypliną wydawniczą. Kanadyjczyk kojarzony dotąd głównie z nurtem Roots i Americana, na płycie Waves Of Desire [2025] wykonuje wyraźny zwrot w stronę klasycznego popu – jednak nie tego współczesnego, ale zakorzenionego w latach 60 i 70, opartego na chwytliwych melodiach, instrumentalnym rzemiośle, i historiach opowiedzianych w trzy, cztery minuty. Okoliczności powstania płyty dodają jej szczególnego kontekstu. Waves Of Desire został nagrany w przerwie europejskiej trasy, w historycznym studiu Maarweg w Kolonii, nieprzerwanie działającym od lat 50. To miejsce, w którym aura analogowej przeszłości nie jest tylko wystrojem, lecz sprawnie działającą infrastrukturą – pomieszczeniami z naturalną akustyką i sprzętem pamiętającym inne epoki nagraniowe. Leger przyjechał tam ze swoim...

Podróż zamiast ucieczki

Debra Fotheringham – doświadczona piosenkarka, autorka tekstów, gitarzystka, perkusistka, pisarka i poetka, której głos od dawna jest potężną siłą na scenie muzycznej Utah, rezyduje w Salt Lake City i od ponad dwóch dekad tworzy utwory łączące w sobie artystyczną wrażliwość z wyrafinowaną muzykalnością. Mając na koncie trzy płyty studyjne, Fotheringham właśnie wydała  Valley of Annihilation  [2025] swój czwarty, najbardziej ambitny projekt w dotychczasowej karierze. Piosenkarka będąca w równym stopniu gawędziarką, jak i eksploratorką dźwięku buduje karierę, łącząc gatunki zawsze zakorzenione w autentycznych doświadczeniach, za każdym razem sięgając po coś głębszego.  Po przeszło siedmioletniej przerwie Fotheringham wraca z płytą domykającą okres ciszy. Materiał powstały w pandemicznej samotności Vermont jest zapisem ruchu: geograficznego, emocjonalnego i duchowego. Fotheringham bierze na warsztat amerykański mit wędrówki i odwraca go do wewnątrz – to nie eskapizm, ale od...

Źródło domowego ogniska

Real Warmth [2025] to płyta o domu, który już dawno przestał być tylko adresem. W świecie Joan Shelley , amerykańskiej twórczyni muzyki folkowej domem są ludzie: z którymi się gra, śpi w busie, krąży między studiami i salami koncertowymi, których codzienne troski bierze się na siebie. Ten album jest jak atlas takich miejsc – zapis wędrówki artystki z Kentucky na północ, z rodzinnego Louisville do małego miasteczka w Michigan, a potem jeszcze dalej – do Toronto, gdzie znalazła tymczasową przystań.  Shelley od lat buduje reputację jednej z najsubtelniejszych autorek współczesnego folku. Na kilku wcześniejszych płytach Over and Even [2015] czy Like the River Loves the Sea [2019] dominowała oszczędna forma: gitara, głos, drobne przesunięcia harmonii. Nowy album wciąż zachowuje ten sam idiom, ale przenosi go w przestrzeń zbudowaną na zespołowym brzmieniu kreślącym bardziej wyraziste ramy. Producent Ben Whiteley, znany choćby z pracy z The Weather Station zaprasza Shelley do kana...

Przyglądaj się słonecznikom

Muzyka ma moc budzenia nas, usypiania, albo przenoszenia w oniryczne światy. Nowy album Adeline Hotel – Watch the Sunflowers [2025] oferuje wyjątkowe zwieńczenie wszystkich trzech możliwości. Działa jak wzrok odzyskujący pole widzenia: najpierw pojawia się zarys, kilka kolorów, linia horyzontu, dopiero z czasem ujawniają się detale, włókna materii, drobiny kurzu unoszące się w powietrzu. Wcześniejsze płyty Adeline Hotel dryfowały w łagodnej mgle folkowego minimalizmu. Watch the Sunflowers ujawnia niemal medytacyjny charakter. Dan Knishkowy – jedyny stały członek Adeline Hotel, a jednocześnie właściciel wytwórni Ruination Record , umieszcza wydawnictwo gdzieś pomiędzy kruchą intymnością twórczości Sufjana Stevensa a pastoralną melancholią Nicka Drake’a, koncentrując wysiłek twórczy na cierpliwej sztuce dostrzegania.  Album liczy zaledwie siedem utworów, a jednak sprawia wrażenie większej całości, czegoś pomyślanego jako środkowy rozdział złożonej trylogii. Nowojorski tw...

Głośniej, ale wciąż refleksyjnie

Parader [2025] otwiera przed Keatonem Hensonem nowy rozdział, do którego prowadzą wszystkie dotychczasowe płyty, szkice i ucieczki – od akustycznej intymności, po klasyczne kompozycje i instrumentalne azyle. Brytyjski artysta, od lat zaszufladkowany jako patron "smutnej muzyki" wreszcie pozwala sobie na to, by być głośniejszy, cięższy, spontaniczny i paradoksalnie przez to jeszcze bardziej refleksyjny. Ta płyta nie jest ucieczką od melancholii, lecz próbą sprawdzenia, co się stanie, gdy emocje znane ze skrajnie depresyjnych ballad artysty zamieszkają w świecie garażowego rocka. Współpraca z amerykańskim producentem Alexem Farrarem wnosi rockowy sznyt: rozchwiane gitary, czytelny rytm perkusji i powiększone, bardziej szorstkie brzmienie. Nie ma tu jednak gestu zerwania. To raczej poszerzenie kadru. Zamiast zamykać się w kruchej akustycznej formie, Henson sprawdza, czy jego filigranowy głos i emocjonalna nadwrażliwość wytrzymają konfrontację z przesterem rockowego pędu. Okazu...

Atlas tradycji i eksperymentów

Słoweńskie trio Širom wracają z albumem In The Wind Of Night, Hard-Fallen Incantations Whisper [2025] potwierdzającym ich wyjątkową pozycję w odtwarzaniu i pielęgnowaniu folkowych tradycji. Samo Kutin, Ana Kravanja, Iztok Karon po raz kolejny dowodzą, że ich twórczość to nie etykieta a metoda patrzenia na muzykę: zakorzenioną, lecz niezakutą w skansen, czułą na przeszłość, a zarazem odważnie patrzącą w przyszłość. Ta płyta jest dziełem dojrzałym, gęstym i wyjątkowo spójnym. Przypomina rodzaj muzycznego atlasu wskazującego szlaki biegnące od lokalnych tradycji, po współczesne spojrzenie na świat zewnętrzny. Brzmienie Širom powstaje z ręcznie wykonanych instrumentów, z przedmiotów znalezionych, z materii akustycznej rezonującej z ciałem i powietrzem, ale forma tych nagrań podpowiada bardziej współczesne pokrewieństwa. Słoweńskie trio myśli jak twórcy muzyki elektronicznej: budują dramaturgię z niewielkich zmian, z minimalnych przesunięć harmonii, wysokości barwy i pulsu. Kolejne warst...

Jaka piękna katastrofa

Literatura od zawsze najchętniej patrzyła na losy człowieka z dwóch perspektyw: kiedy znika horyzont albo kiedy kończy się ląd. Na najnowszej płycie  The Mountain Goats , John Darnielle – lider zespołu splata obie chwile w jedną opowieść i robi to z wrażliwością reżysera, który rozumie, że proroctwo jest łatwiejsze niż odpowiedzialność. Muzycy zespołu muszą to powiedzieć swoim bohaterom – rozbitkom drżącym przy ognisku. Through This Fire Across from Peter Balkan [2025] to album o granicach wiary, zaufaniu do drugiego człowieka i o milczeniu, które zostaje, kiedy to zaufanie znika.  Założenie jest krystaliczne jak woda oceanu: trzech mężczyzn przeżywa katastrofę, trafia na brzeg i czeka na ratunek, który nie nadchodzi. Jest uważny narrator, jest kapitan Peter Balkan, którego fatamorgany przeradzają się w urojone mapy zbawienia, jest wreszcie Adam – cichy trzeci, znikający między jednym a drugim utworem, wchodzący w głąb morza jak w ostatnią obietnicę. Zespół prowadzi ten dram...

W blasku świetlistego poranka

Zapracowany wirtuoz gitary Steve Gunn tworzy mnóstwo wartościowej muzyki. Kilka tygodni temu wydał album instrumentalny Music For Writers [2025], a wcześniej współpracował z liczną grupą znakomitych artystów takich jak: Ryley Walker, Kurt Vile, perkusistą Johnem Truscinskim czy z awangardowym zespołem Beings. Teraz gitarzysta wrócił do trybu piosenkarza, kompozytora, autora tekstów i jest gotowy ogłosić nowe, solowe wydawnictwo niezwiązane z żadnym projektem pobocznym.  Steve Gunn na płycie Daylight Daylight [2025] rezygnuje z rockowej energii wcześniejszych produkcji, by wsłuchać się w szept drewna, strun i oddechu studyjnych pomieszczeń. To płyta o cierpliwości i uważności. Czterdzieści minut muzyki i siedem premierowych utworów wcale nie prosi, by wpuścić je do środka. Spokojnie czeka na moment, kiedy słuchacz uchyli drzwi. Gdy jest gotowy to zrobić – wszystko staje się jasne: świt pyszni się tu czerwienią liści jesiennego klonu, a czas płynie jak mgła nad wyspą stuletnich dę...