Dwie dekady po rozpoczęciu kariery Oddisee – amerykański producent, tekściarz i raper, w dalszym ciągu nie przejawia zainteresowania nachalną popularnością. Brak parcia na szkło wzmocnione dewizą: mniej znaczy więcej, nie przeszkodziło zdolnemu artyście zdobyć uznania, bo jego hip-hopowa, mała-wielka muzyka uzupełniona elementami współczesnego R&B i soulu, bez przeszkód znalazła oddanych fanów. Waszyngtońskiego artystę zawsze wyróżniała niezależność podparta pracowitością. Raper dysponujący wyobraźnią i umiejętnościami pozwalającymi robić z muzyką co tylko zechce, od lat zbija cichy kapitał introspektywnymi tekstami podpartymi chwytliwą produkcją. Nowa płyta Oddisee – To What End [2023], z powodzeniem rozwija tak sformatowany kierunek.
To What End jest imponujący, bogaty i inteligentny, ale nie jest to album usiłujący przełamać gatunkowe schematy. Chęć poruszenia zbyt wielu tematów naraz, trochę rozprasza przekaz, ale wielkim atutem płyty jest ładnie rozciągnięta atmosfera równoważąca drobne niedostatki. Nie jestem wielkim sympatykiem hip-hopu, ale temat śledzę. Czasami i na tym podwórku trafiają się osobowości zatrzymujące uwagę, a przy okazji odnoszące się do całego zjawiska z nieco większą rezerwą – tutaj, bez sejsmicznych zmian i jak podpowiada tytuł płyty, bez jasno określonego celu, ale z barwną paletą aranżacyjnych smaczków, których na To What End nie brakuje.
Album trwa 51 minut, ale wydaje się o wiele dłuższy. Najlepiej się czuje w zmiennych kolaboracjach i poluzowanych utworach w stylu: Many Hats, Choices, czy All I Need, zgrabnie przemycających funkowo-soulową estetykę. Kompozycja People Watching, ciekawie przełącza się pomiędzy przepływami fortepianu i wokalną melodeklamacją. Obie ścieżki utworu są nieparzyste, obie działają, czarując zdolnością do "niemożliwego" współistnienia. Z kolei senny, lekko spowolniony The Way, oddaje słuchacza pod opiekę księżyca i rzuci urok podczas samotnej przechadzki cichymi zaułkami śpiącego miasta. Finałowy Race porywa zadziornością sekcji rytmicznej przywracającej klasyczną, hip-hopową strukturę płyty. Chociaż nie ma tutaj złych utworów, nie można oprzeć się wrażeniu, że To What End to raczej asortyment niż ukierunkowana kolekcja zachęcająca do posłuchania kilku bardzo dobrych piosenek ułożonych według własnych preferencji. Wybór jest naprawdę imponujący.
Foto: Facebook, Oddisee site
Nawet niezła łatwo przyswajalna rzecz, z luźnymi tropami prowadzącymi do Pharella i Prince’a.
OdpowiedzUsuń5 kawałków włączyłem do swojej hip-hopowej kolekcji. Będąc w trasie, lubię sobie czasami posłuchać. Może masz jakieś sugestie odnośnie polskiego hip-hopu?
Będzie z tym mały PRO8L3M … bo w polskim wątku, raczej nie siedzę. Pod koniec ubiegłego roku na długo wpadł mi w ucho Pawbeats ft. Bisz - Niemożliwość pożegnań. Niesamowicie mocna realizacja praktycznie we wszystkich aspektach. Pomysł, tekst, aranżacja, wykonanie, gdzieś na przecięciu hip-hopu i poetyckiej melodeklamacji niedającej spokoju, a nad wszystkim unosi się duch Marka Grechuty, przypominający o sobie w małych drobiazgach schowanych pomiędzy wersami.
UsuńNo, nieźle. Grubo pojechałeś
UsuńWow, epickie :)
UsuńBisz, mój Boże, co za odkrycie!
UsuńZaskoczyła mnie produkcja Oddisee. Wkręca niepostrzeżenie.
OdpowiedzUsuńŚwietna muza, jakie bity, piekne głosy, hip hop w starym stylu, mam namyśli lata 90,
OdpowiedzUsuń