Wygląda na to, że członkowie brytyjskiej formacji Blur – Damon Albarn i Graham Coxon w końcu zażegnali wieloletni konflikt, oferując pozostałym muzykom niezbędną przestrzeń twórczą. Ostatni album zespołu The Magic Whip [2015], był zaskakująco solidny, a jego eklektyczne brzmienie pozostawiło wiele otwartych drzwi, jeśli chodzi o to, czego moglibyśmy oczekiwać od Blur. Tak więc spontanicznie wznowiona praca zespołu była pozbawiona jakiejkolwiek presji, wydawała się również dobrym sposobem na utrzymanie ożywionych relacji. W rezultacie kierunek, w jakim zaczął zmierzać The Ballad of Darren [2023], prawdopodobnie był dla zespołu takim samym zaskoczeniem, jak po premierze dla nas. W zasadzie nowy album mógł przybrać dowolną formę stylistyczno-brzmieniową, chociażby ze względu na nowo odkrytą chęć nagrania nowego materiału. Przeważył upływ czasu, średni wiek muzyków i wieloletni bagaż doświadczeń, który praktycznie wszystkie dziesięć nagrań przysposobił w refleksyjną, bardziej dojrzałą tonację.
Gitara Coxona – choć mniej hałaśliwa, wciąż daje znać o sobie zróżnicowanym podejściem, tym razem schowanym za licznymi efektami ujawniającymi swoje atuty w utworach: Goodbye Albert, Far Away Island czy w St. Charles Square – jedynym nagraniu, gdzie gitarzysta pozwala sobie na pełną ekspresję. Z kolei popowy utwór Barbaric wyjaśnia intencję płyty. Straciliśmy to uczucie, którego nigdy nie myśleliśmy, że stracimy – intonuje Albarn. To emocjonalne wyznanie rezonuje na całej płycie, której nadrzędnym motywem jest grupowa autorefleksja rozumiana jako rachunek sumienia osobistych strat i zmieniających się priorytetów. Centralnie umieszczony singiel The Narcissist być może jest surowym spojrzeniem na dreszczyk emocji związany z popularnością, a ostatecznie odą do wszystkiego, co sprawia, że właśnie teraz kwartet wraca do wspólnego grania.
W brutalnej międzypokoleniowej grze, jaką od lat toczymy, Blur nigdy nie zdobył statusu zespołu ponadczasowego. Może i dobrze. Dzięki temu, za pomocą kilku wczesnych płyt grupy mamy szanse przypomnieć sobie pogardę dla zjawiska brit-popu lat 90, jak również poczuć naiwne, młodzieńcze zamieszanie wokół niespełnionej miłości. W tamtych czasach Blur zawsze był trochę zbyt złożony, zbyt modny, artystyczny i fajny. The Ballad of Darren wciąż przemyca tak zdefiniowane emocje w każdym wersie i zagranej nucie, ale widziane już z dorosłej perspektywy i w zaktualizowany sposób. W wywiadzie dla magazynu NME perkusista zespołu Dave Rowntree wypowiedział następujące słowa: Gdy nagrywaliśmy, wszystko, czego próbowaliśmy od razu działało, magia wisiała w powietrzu. W obrębie całej płyty atmosfera bliskiej współpracy jest mocno odczuwalna, niech trwa jak najdłużej.
Parlophone Records, 2023
Foto: Ruben Bastienne-Lewis
są jak wafelek z lodami ... poliżesz i zapominasz
OdpowiedzUsuńTen "wafelek z lodami" musiał być bardzo smakowity, bo dwa tygodnie temu Wembley Stadium dosłownie "trzeszczał w szwach"
Usuńale jest też pozytyw. dzięki blur nauczyłem się cieszyć małymi rzeczami
OdpowiedzUsuńPrzynajmniej tyle :)
UsuńSpadło trochę deszczu, na chwilę zaszło słońce, trochę pochłodniało, a już wymieniamy się uszczypliwościami - trochę to niepotrzebne.
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem płyta zupełnie przyzwoita, dojrzała i pozbawiona sztubackiej buty, która w wykonaniu 60-latków po prostu byłaby już czymś nie na miejscu. The Ballad of Darren odbieram trochę jak album pożegnalny. Z drugiej strony entuzjazm członków Blur pozostawia nie do końca zatrzaśnięte drzwi, więc po cichu liczę na więcej.