Francuski duet Norberta Pauta vel Neige i Stéphane'a Huguesa występujących pod nazwą Alcest, w obrębie sześciu płyt wyrzeźbili sobie brutalne, a zarazem transcendentne miejsce pionierów w metalowej niszy potocznie nazywanej blackgaze. Neige – będący tutaj główną postacią, stworzył projekt mający odzwierciedlać jego dziecięce wizje o niezwykłym euforycznym charakterze. I choć ostatnie kilka płyt duetu podkreślało złowieszcze, black metalowe tony zainspirowane mrocznymi wydarzeniami w realnym świecie, nowy album Les Chants de l'Aurore [2024] przynosi subtelną zmianę i skręca w bardziej stonowane rejony, koncentrując się na wyszukanych teksturach, czego wynikiem jest zbiór umiarkowanie rozbudowanych, melodyjnych, podnoszących na duchu utworów.
Komorebi otwierający płytę jest świetnym przykładem, z jaką łatwością Alcest potrafi tworzyć rozległe pejzaże dźwiękowe. Kontrast delikatnego, ale pełnego pasji głosu Neige’a zestawiony z burzliwą ścianą dźwięku, już na wstępie wiarygodnie oddaje istotę blackgaze’u. L’Envol rozwija obrany kierunek i brzmi tak, jakby został nagrany co najmniej w czteroosobowym składzie. Gitara i bas pozostają gwiazdami show, z porywającymi modulacjami zamkniętymi w ściśle odmierzanych taktach perkusji Huguesa. Poza wejściem niewytłumaczalnie kojących spazmów Neige’a to właśnie rytmiczne przeploty dodają nagraniu skrzydeł. Kompozycja Améthyste nasycona mroźnymi liniami gitar jest być może najbliższa archetypowemu brzmieniu blackgaze. Z kolei promocyjny, niezwykle chwytliwy Flamme Jumelle odnajdujemy w delikatniejszej przestrzeni rozwieszonej między dream popem a rockiem progresywnym.
Patetyczna fortepianowa winieta Réminiscence oraz słodkie pożegnanie L’Adieu nadal podkreślają łagodniejsze impulsy i zgrabnie biorą w nawias potężną dynamikę nagrania L’Enfant De La Lune, które znalazło się pomiędzy nimi. Bez wątpienia jest to najbardziej progresywny utwór na płycie, agregujący wszystkie muzyczne wątki, jakimi muzycy od lat dysponują. Może właśnie ta okoliczność sprawia, że twórczość Alcest często może wydawać się podróżą i choć konkretny cel jest niejasny, punkty kulminacyjne za każdym razem trafiają w sedno, a czysto refleksyjne fragmenty połyskują jak krople porannej rosy.
Nuclear Blast, 2024
Foto: Yoann Lossel
Ooooo...... zdecydowanie coś dla mnie !!!
OdpowiedzUsuńI dla mnie też
OdpowiedzUsuńJestem mile zaskoczona pozytywną atmosferą tej płyty :)
OdpowiedzUsuńWidzę, że gospodarz rozpoczął wakacje z mocnym przytupem i wcale się nie dziwię, bo obok "Les Chants de l'Aurore" trudno jest przejść obojętnie. Zaskakująca mieszanka spójnie brzmiących motywów, w których nawet fortepian znajduje swoje uzasadnienie.
OdpowiedzUsuńOd siebie dodam, że rzetelna produkcja wręcz zachęca do częstych powrotów.
UsuńPełna zgoda.
UsuńOd trzech dni nie potrafię się od tych nagrań uwolnić, a fanem ciężkich brzmień raczej nie jestem, a tu taka niespodzianka. Augustów pod żaglem serdecznie pozdrawia!
OdpowiedzUsuńŻyczę dużo słońca i rześkich podmuchów wiatru.
Usuń