Muzycy amerykańskiego tria Bonny Light Horseman na trzeciej – tym razem podwójnej płycie Keep Me on Your Mind / See You Free [2024], wyruszają do starego lasu z pochodniami w rękach. Wokół dwudziestu nowych piosenek, wyczuwalna jest nuta napięcia, ale nadrzędnym celem wydawnictwa jest przyjazna kontynuacja folkowej tradycji skupiającej się na klasycznym brzmieniu i tematyce. Grupę tworzą muzycy z najwyższej półki: Anaïs Mitchell – artystka folkowa, autorka albumu Hadestown [2010], który później odniósł ogromny sukces jako musical, Eric D. Johnson – członek zespołów Fruit Bats, The Shins oraz Josh Kaufman, który współpracował z The National, The Hold Steady i Taylor Swift.
Gdy uważniej prześledzimy składającą się z trzech płyt dyskografię tria, bez trudu zauważymy, jak grupa z czasem redukowała bogactwo swoich aranżacji na rzecz prostego, akustycznego przekazu. Większość piosenek Keep Me on Your Mind / See You Free została nagrana w Levis Corner House, lokalnym pubie małego nadmorskiego miasteczka Ballydehob w Irlandii. W obrębie większości nagrań jest to doskonale słyszalne. Wszystko tu skrzypi: drewniana podłoga, stoły, barowe krzesła, a nawet stare rozklekotane pianino pamiętające początki ubiegłego wieku. W jakimś sensie odsłuch płyty przypomina długi wieczór w ulubionej knajpce przy kuflu Guinnessa serwowanego przez członków zespołu, ukradkiem przemycającego szereg pocieszających ballad o potędze miłości, niezawodnej przyjaźni i nieuchronności starzenia się. Nawet w pobieżnym przeglądzie tracklisty Keep Me on Your Mind daje się wyczuć, w jak dużym stopniu ładunek emocjonalny nagrań jest żywy, jednorodny, zachowujący przy tym głęboko terapeutyczne właściwości.
Album otwiera utwór tytułowy, początkowo schowany za mgiełką syntezatora. Ballada z czasem ujawnia refleksyjny, nasycony pogłosem dialog między Mitchell, Kaufmanem i Johnsonem, czarującym tutaj oszczędnymi liniami gitary. Chwytliwy utwór promujący I Know You Know wyraźnie wchodzi na terytorium popu, ale zachowuje przy tym aranżacyjną powściągliwość, dobrze pasującą do sąsiadujących piosenek. Dwa oczka niżej When I Was Younger, brzmi jak odtwarzany na żywo legendarny bootleg zespołu. Pośród technicznych niedoskonałości, na pierwszy plan wysuwa się zgrzytliwe solo gitary elektrycznej, dodające kompozycji rockowego wigoru. To jedno z najbardziej przekonująco brzmiących nagrań, jakie Bonny Light Horseman kiedykolwiek nagrał.
Trio wypada najlepiej, kiedy całość materiału wydaje się być zarejestrowana na tzw. setkę, czego przykładem morze być znakomity utwór Singing to the Mandolin. Z kolei nagranie Into the O przynosi ukojenie w medytacyjnej formule przywołującej atmosferę psychodelii końca lat 60. Pianino na tej płycie ma tak dalece pierwotny charakter, że należałoby traktować jego brzmienie jak odrębny byt. W utworze Speak to Me Muse i w paru innych miejscach, każde uderzenie w klawiaturę wypełnia wahliwy dźwięk tarcia kości słoniowej o drewno. Zespół używał oliwy z oliwek, aby chociaż częściowo stłumić płaczliwe skrzypienie instrumentu. Na szczęście tylko w niewielkim stopniu udało się uciszyć duszę wiekowego pianina, co w dużym stopniu przełożyło się na urokliwy charakter nagrania.
Tak więc podwójny album Bonny Light Horseman z dwudziestoma utworami, z których zaledwie kilka spada do zupełnie przyzwoitego poziomu, przynajmniej dla mnie jest czymś zbliżonym do małego cudu, nad którym czuwała opatrzność. Nie często się zdarza sytuacja, kiedy piosenki zespołu, w gruncie rzeczy oparte na klasycznych folkowych schematach, a przy tym brzmiące, jakby zostały napisane w połowie ubiegłego wieku, z taką łatwością zawróciły mi w głowie. W przededniu kalendarzowego lata nabiera to szczególnie przyjemnego kontekstu, zachęcającego do posłuchania tych nagrań pod markizą irlandzkiego pubu, w którym dawno już nie byłem.
Jagjaguwar, 2024
Foto: James Goodwin
Ale gospodarz narobił nam smaka na smolistego Guinnessa. Może jakieś namiary?
OdpowiedzUsuńZapraszam do Wrocławia, plac Solny, Irish Pub z wieloletnią tradycją i oryginalnym Guinnessem z beczki. Miejsce odnajdziecie bez trudu.
UsuńPrzepiękny, zgrabny album, który odkrywa się warstwami :)
OdpowiedzUsuńNiesamowicie tutaj iskrzy. Zabieram się do słuchania.
OdpowiedzUsuń20 razy tak !!!
OdpowiedzUsuńCzy tylko mi się wydaje, że solidne klasyczne brzmienie wciąż nie ma sobie równych?
OdpowiedzUsuńPozwolę sobie dodać koledze otuchy i utwierdzić w przekonaniu.
UsuńNajciemniej bywa pod latarnią. Kapela z mojego miasta, a o jej istnieniu nie miałem bladego pojęcia. Fajne te kawałki, wkręcają dopiero po kilku przesłuchaniach. W wolnej chwili zerknę na dyskografię, bo czuję, że warto.
OdpowiedzUsuńAlbum idealny do wyciskania kilometrówek. Pozdrawiam z trasy!
OdpowiedzUsuń