W obliczu niewielu korzyści płynących ze streamingowych zaledwie kilkusekundowych przesłuchań błyskawicznych, w których bardzo łatwo jest zgubić wartościowy wątek, utwór czy wykonawcę, album Ryan Davis & The Roadhouse Band – Dancing On The Edge [2024] może okazać się interesującym odkryciem pod warunkiem, że na czas trwania płyty zrezygnujemy z przycisku szybkiego przewijania. Dancing On The Edge w wersji analogowej to podwójny album z siedmioma spokojnymi utworami utkanymi z gęstej siatki tekstów. Kilka nagrań zbliża się do dziesięciominutowej granicy, co daje poczucie rozmachu i pewność siebie, na którą niewielu współczesnych muzyków może się odważyć. Jednak Ryan Davis – amerykański twórca folkowy, gitarzysta i tekściarz nie jest szczególnie wylewny. Jego teksty nie są również kontemplacyjnym potokiem świadomości naśladującym Boba Dylana czy twórczość Billa Callahana. Najbardziej imponujące w jego piosenkach jest to, jak trzymają słuchacza w napięciu, pozwalając cieszyć się ich dziwaczną mądrością, ekscentrycznym punktem widzenia czy sarkastycznym poczuciem humoru.
Dancing On The Edge jest pierwszym solowym albumem sygnowanym własnym nazwiskiem, ale Davis nie jest nowicjuszem. Twórca wydał kilka ciekawych płyt pod pseudonimem State Champion oraz z trudnymi do sklasyfikowania zespołami Tropical Trash i Equipment Pointed Ankh. Davis prowadzi również eklektyczną wytwórnię Sophomore Lounge, która wydała albumy takich artystów jak Arbor Labor Union, Ned Collette czy C Joynes. Dancing On The Edge pojawia się pięć lat po płycie State Champion – Send Flowers [2018], po której wydaniu muzyk czasowo porzucił tradycyjne pisanie piosenek na rzecz muzycznych form eksperymentalnych i sztuki wizualnej: Po raz pierwszy w dorosłym życiu nie myślałem o trasach koncertowych, promocji ani o żadnym poczuciu bycia częścią społeczności. Chciałem po prostu tworzyć nowe rzeczy. Prawie obsesyjnie. Im bardziej ostrzyłem te instynktowne narzędzia, tym bardziej zaczynałem wracać do klasycznych utworów. Z pewnością nie przyszło to łatwo. To było właściwie bolesne – wyznaje Ryan Davis.
Ten fantomowy ból przyniósł owoce w postaci najbardziej zwartego dzieła Davisa. Długotrwała przerwa w pisaniu piosenek niespodziewanie dostarczyła artyście nośnych tematów, stagnacja i kryzys wieku średniego przeplatany pragnieniem wyrwania się z marazmu: Odsiaduję wyrok 25 lat dożywocia, czekając, aż kolega wróci z toalety – śpiewa Davis na początku płyty. W innym miejscu dodaje: Leżę odrętwiały i czekam cicho na zwrot podatku, który może spłynie z jakiejś góry, albo jeszcze zabawniej, narzeka na czyściec codziennego picia w barze, w którym na okrągło leci Sultans Of Swing.
Na pierwszy rzut oka, poruszana tematyka może nie wydawać się szczególnie porywająca. Ale brzmienie, które Davis i jego współpracownicy stworzyli, nadaje Dancing On The Edge lekkości, która niepostrzeżenie unosi słuchacza, a potem zręcznie go hipnotyzuje. Weźmy nagrania takie jak: Free From the Guillotine, Flashes Of Orange czy A Suitable Exit. Znajdziemy w nich folkowe znaki wodne przeplatane alt-country’owymi wstawkami gitar, pianina i głosu wspomagającego Joan Shelley. Na osi czasu piosenki zmieniają się na różne sposoby, wpadając w molowe tonacje, innym razem w elektroniczne pętle odkrywające niemal taneczny rytm, a nad wszystkim unoszą się finezyjne teksty Davisa podane z odpowiednim dystansem: Kochanie, widziałem zachód słońca przez każdy możliwy odcień piwa. Ten fabularny, bliski życia koloryt jest na tyle oryginalny, by postawić Davisa wśród najciekawszych alternatywnych twórców nowego pokolenia, na których trzeba zwrócić uwagę.
Sophomore Lounge, 2024
Foto: South West Review
Znajomość angielskiego jest tutaj bardzo przydatna, bo kluczem do płyty są fajne teksty w wielu miejscach wywołujące uśmiech, a czasami słodko-gorzkie przemyślenia. Ryan w raz zespołem tworzy naturalną atmosferę pasującą do wielu sytuacji – spacer, dłuższa podróż, czy jako muzyka tła w małym pubie. Album wklejam do ulubionych.
OdpowiedzUsuń... i nawet długość utworów działa in plus :)
UsuńZa oknem deszczowo i smętnie, nici z niedzielnej wycieczki poza Kraków, nic więc dziwnego, że Dancing On The Edge potraktowałem trochę jak koło ratunkowe. Nieźle się tego słucha.
OdpowiedzUsuń