Filadelfijski The War on Drugs od lat potrafi przenosić słuchaczy w zupełnie inny wymiar, zarówno w studiu, jak i na żywo. Piosenkom grupy zawsze towarzyszyła niezwykła zdolność do wiarygodnego ogniskowania rzeczywistości – czy to na małym krążku, czy w nieznanym klubie gdzieś na obrzeżach miasta, czy w wielkich przestrzeniach stadionów i sal widowiskowych. Na drugiej koncertowej płycie LIVE DRUGS AGAIN [2024] zespół ponownie dowodzi, że wyjątkowa sprawczość nie opuściła ich ani na moment.
Podobnie jak na wydanym cztery lata temu pierwszym koncertowym zbiorze LIVE DRUGS [2020], Amerykanie przedstawiają spójną kompilację nagrań wybraną z kilkunastu ostatnich tras i złożoną w wiarygodnie brzmiący koncertowy blok. Słuchacz ma wrażenie, jakby znalazł idealne miejsce przed stołem mikserskim, aby chłonąć energię zespołu w ożywionym, najlepszym wydaniu. Atmosferę płyty podkreśla maniakalna swoboda, z jaką grupa eksploruje własną twórczość. Wiele popularnych utworów, takich jak I Don’t Live Here Anymore czy Burning porywa nadzwyczajną intensywnością, a większość nagrań wyjętych z albumów studyjnych nabiera tutaj monumentalnych właściwości, sprawnie napędzanych ofensywnym brzmieniem sekcji rytmicznej.
Znaczącą zmianą na LIVE DRUGS AGAIN jest rozwinięcie formuły zespołu, który w nowym, siedmioosobowym składzie zyskał sporo dodatkowych atutów. Obecność Elizy Hardy Jones w roli wokalistki i klawiszowca wnosi świeżość i harmonię wzbogacającą nie tylko brzmienie, ale też dynamikę zespołu. The War on Drugs operuje teraz większą precyzją – poszczególne partie instrumentalne dbają o każdy detal, co słychać w takich balladach jak Living Proof narastających z drobiazgowym wyczuciem – aż do bolesnego, pełnego napięcia finału. Sporym zaskoczeniem jest również odświeżona wersja utworu Come To The City pochodząca z albumu Slave Ambient [2011]. Zespół buduje tutaj mroczną atmosferę przypominającą nadciągającą warstwę ciemnych chmur. Długie ambientowe intro i precyzyjny wokal Adama Granduciela nadają piosence nową, niemal refleksyjną głębię, podczas gdy delikatne harmonie w końcowej części nagrania przywołują silne poczucie nadziei.
Siłą The War on Drugs jest symbioza, jaką zespół osiągnął na scenie. Adam Granduciel wciąż jest centralną twarzą projektu, ale robi wszystko, żeby zachować świeżo wypracowaną integralność. W kulminacyjnych fragmentach, takich jak Under the Pressure czy I Dont't Live Here Anymore zespół tworzy ścianę dźwięku, która z perspektywy słuchacza staje się niemal kosmicznym doświadczeniem. Teraz brzmienie grupy przypomina ruchomy krajobraz – złożony aranżacyjnie, a przy tym niesamowicie przyjazny; ale cokolwiek by nie powiedzieć, LIVE DRUGS AGAIN to przede wszystkim wielki triumf doświadczonych muzyków konsekwentnie rozwijających zespołową wielkość, z zapałem budujących emocjonalne połączenia między intymnością a stadionowym wzmożeniem. Bardzo trudno tej zbiorowej magii nie zauważyć.
Super High Quality Records, 2024
Foto: Shawn Brackbill
Jakaś bliżej nieokreślona mądrość, dobroć, miłość bijąca z koncertowych piosenek The War on Drugs potrafi topić serca … bardzo ich za to szanuję :)
OdpowiedzUsuńGorąca atmosfera utworu Burning w dużym stopniu przypomina mi koncertowe uniesienie Bruce Springsteena za czasów Born In USA. Energia jakby ta sama.
OdpowiedzUsuńA przy okazji. Mamy w tym roku zadziwiający wysyp znakomicie uchwyconych nagrań koncertowych. Do rzetelnie odciśniętego na winylu Fleet Foxes teraz dołącza The War on Drugs. Nie potrafię odmówić sobie przyjemności zakupu.
Moim skromnym zdaniem poszerzenie składu zespołu było strzałem w dziesiątkę i dało tu doskonały efekt. Uwagę przykuwa nawet elektronika, kiedyś schowana za ścianą gitar - teraz odważniej przemykająca przez wiele utworów dodając kawałkom The War on Drugs całkiem przyjemnego kolorytu, no i jeszcze ten saksofon! Całość naprawdę mocarna, łącznie z drapieżnym jak nigdy głosem Granduciela. Trzeba też dodać, że kilka kluczowych dla brzmienia grupy modyfikacji nie naruszyło jej rockowych preferencji. Fantastycznie brzmiące gitary zostały na swoim miejscu.
OdpowiedzUsuńAż chciałoby się powiedzieć: to jest właśnie prawdziwa muzyka!
OdpowiedzUsuń