Przejdź do głównej zawartości

Jaka piękna katastrofa


Literatura od zawsze najchętniej patrzyła na losy człowieka z dwóch perspektyw: kiedy znika horyzont albo kiedy kończy się ląd. Na najnowszej płycie The Mountain Goats, John Darnielle – lider zespołu splata obie chwile w jedną opowieść i robi to z wrażliwością reżysera, który rozumie, że proroctwo jest łatwiejsze niż odpowiedzialność. Muzycy zespołu muszą to powiedzieć swoim bohaterom – rozbitkom drżącym przy ognisku. Through This Fire Across from Peter Balkan [2025] to album o granicach wiary, zaufaniu do drugiego człowieka i o milczeniu, które zostaje, kiedy to zaufanie znika. 

Założenie jest krystaliczne jak woda oceanu: trzech mężczyzn przeżywa katastrofę, trafia na brzeg i czeka na ratunek, który nie nadchodzi. Jest uważny narrator, jest kapitan Peter Balkan, którego fatamorgany przeradzają się w urojone mapy zbawienia, jest wreszcie Adam – cichy trzeci, znikający między jednym a drugim utworem, wchodzący w głąb morza jak w ostatnią obietnicę. Zespół prowadzi ten dramat jak liturgię: bez pośpiechu, w długich łukach narracyjnych, ze spokojem saksofonu i smyczków wygładzających brzegi tragicznych wydarzeń. Śmierć pojawia się tu nie jako krzyk rozpaczy, lecz westchnienie ulgi, które nie kończy scenariusza. 

John Darnielle sprawnie buduje dekoracje: wrak przy proscenium, wodorosty oplatające belki, precyzyjna chronologia scalona jak szwy na bolesnej ranie. Gdy forma zgrywa się z treścią, album świeci najjaśniej. Otwierające Overture – pierwsze w historii zespołu nagranie instrumentalne, to prawdziwy prolog z wachlarzem motywów wracających w różnych fragmentach płyty, jak znaki dymne. Your Bandage imponuje dramaturgią: duet wykonany jednym głosem przełącza się barwą i napięciem. Dawn of Revelation pali gorączką proroctw i psychoz tak szalonych, że aż tracą sens. Paradoksalnie najważniejszy wydaje się Adam – postać, której nieobecność znaczy więcej niż obecność. Jego monolog w Rocks in My Pockets tuż przed zejściem na brzeg pachnie morską solą. Pojawia się motyw drzewa z wyrytymi inicjałami i kamień w kieszeni, którego przeznaczenie zrozumiemy chwilę za późno. Środkowa część płyty krąży wokół rezygnacji. Utwór tytułowy, Your Glow, Peru – wszystkie nieskazitelne w tonacji i rytmie krążą wokół zgody na nieuniknione, zmieniając raczej fakturę słów niż temperaturę uczuć. Ta elegancja formy miejscami tępi ostrze. Najmocniejsze są te fragmenty, w których oszczędność jest wyborem dramaturgicznym: powściągliwy ból Your Bandage i ciche postanowienie w Rocks in My Pockets


Muzycznie Through This Fire Across from Peter Balkan jest jak spokojne morze pełne zdradliwych prądów. Średnie tempa, urodziwie wykończone smyczki, miotełki na werblu, saksofonowe ornamenty, wszystko wchodzi jakby jak na znak. Piękne? Bardzo. Zbyt surowe? Prawie nigdy. Gdy statek idzie na dno, utwór oddycha, a nie krzyczy; ale są też wyjątki: militarna pulsacja i emocjonalne solo gitary w Dawn of Revelation, czy teatralna szarża Armies of the Lord. W większości jednak muzyka przypływa i odpływa z wdziękiem. Opowiada o katastrofie z klasą, sama nie stając się katastrofą. Amerykanie swobodnie przeskakują między prog-rockowym rozmachem, barokową ornamentyką i jazzowymi półcieniami, a gościnne harmonie Lina-Manuela Mirandy i teatralny chór Latter Revelation Company Singers dodają całości broadwayowskiego blasku. The Lady from Shanghai 2 – powrót do brzmień z wczesnego katalogu grupy, pokazuje jak daleko zaszła ta metamorfoza – od lo-fi i rockowej progresji do musicalowej elegancji bez utraty własnej tożsamości.

Finałowy Broken to Begin With wiąże wszystko klamrą – może aż nazbyt wyraźną. Refren: To od początku było zwariowane – brzmi jak moralna interpunkcja przypominająca, że wszystkie tragedie kończą się podobnie. A jednak siła tej płyty leży w świadomej odmowie paniki. Through This Fire Across from Peter Balkan wprawdzie dramatyzuje rozpad, ale nie pozwala mu runąć – wybiera powtórzenia, rytuał, pamięć. Jest w tym paradoks: śmierć jako znak, by znowu poruszyć widownię. Kiedy wiara się chwieje, a świat nie kończy się na komendę, zostaje muzyka i praktyka wypowiadania zaklęć tak długo, aż zabrzmią jak prawdziwe słowa. The Mountain Goats opowiadają tę historię po mistrzowsku, a my siedząc w półmroku, wciąż uczymy się jak przeżyć nieuniknione, by jeszcze raz zerwać się do oklasków.




Cadmean Dawn, 2025
Foto: Kora Blomberg

Komentarze

  1. < kantor wymiany >29 listopada

    Imponuje mi The Mountain Goats. Obdarzony niesamowitą wyobraźnią John Darnielle ma w składzie fantastycznych muzyków umiejących swobodnie żonglować stylami i gatunkami w obrębie jednej płyty. Od razu przypominałem sobie mój ulubiony utwór zespołu sprzed kilku lat "LIzard Suit", którego początek zupełnie nie zapowiada free jazzowego upustu energii w jego końcowej części. Tutaj z kolei mamy musicalową konstrukcję przeplataną prog-rockowymi wstawkami. Całkiem przyjemnie się tych fantazyjnych opowieści słucha, ale moją ulubioną płytą The Mountain Goats w dalszym ciągu pozostaje indie-folkowy "Moon Colony Bloodbath", o ile dobrze pamiętam z 2009 roku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rocks in My Pockets brzmi tak optymistycznie, że w ogóle nie czujemy nadciągającej tragedii Adama, bohatera piosenki. Fajny koncepcyjny album jakich dzisiaj ze świeczką szukać.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz