Od pierwszych chwil Tranquilizer zachowuje się jak zmienna pogoda. Wiatr, delikatne dzwonki, echa gitary i zniekształcony głos, który bełkotliwie wyrzuca z siebie słowo: z resztek – brzmią jak toast wzniesiony za wszystko, co pozostało po gwałtownej burzy. Z głębi wynurzają się chmury syntetycznych chórów, podmuchy padów, a gdzieś na horyzoncie – tam, gdzie słuch oszukuje zmysły, migoczą odległe głosy: może to ptaki, może maszyny, może płaczące dziecko. Narracja nie dzieli się na części, lecz dryfuje w zlewających się masach: motywy rozkwitają i znikają, gęstość zmienia się w ciemniejące pasma, a puls rodzi się z nieporadnie przyciętych pętli, które zmieniają przypadek w rytm. Paleta brzmień jest jednocześnie znajoma i odświeżona. Szkliste syntezatory, rozbłyski mięsistego basu i porzucone skrawki instrumentów akustycznych tworzą rodzaj półprzezroczystej kurtyny, przez którą stale coś prześwituje. Słychać, że materiał źródłowy pochodzi z bibliotek stworzonych z myślą o funkcjonalności, lecz Lopatin obchodzi kody gatunkowe szerokim łukiem; traktuje sample jak surowiec plastyczny, a nie znaki dźwiękowe epoki. Muzyka przemawia do nas gramatyką barwy i pulsu, a nie teorią melodii czy harmonii, może dlatego jej ekspresja jest tak nośna.
W Lifeworld rozproszone uderzenia perkusyjne rozsypują się jak szklane kulki po blacie, po czym nagle spajają się w miękką falę pastelowego uniesienia. W Cherry Blue klawisze szkicują niemal dream-popową czułość, przywołującą ducha wytwórni 4AD. Modern Lust niesie w sobie coś w rodzaju trzymanego na dystans, przygaszonego jazzowego klucza. Measuring Ruins wybrzmiewa jak pozbawiony grawitacji spacer po ruinach miasta przyszłości, podczas gdy D.I.S. zamienia ambientowy motyw w trans, który oddycha, pulsuje i niepostrzeżenie wciąga w głąb siebie. Pod koniec Lopatin pozwala sobie na figlarną kurtuazję wobec świata istniejącego poza jego własnym. Rodl Glide przez trzy minuty snuje widmowe, spowolnione R&B, by nagle wybuchnąć kaskadą jaskrawych rytmów odwołujących się do klubowej energii stylu Detroit Sound, co jest o tyle zabawne, że rytmiczne sample brzmią jak wtargnięcie tabunu obcych na własny teren.
Jednak największy paradoks Tranquilizer polega na tym, że mamy tutaj do czynienia z muzyką zbyt ruchliwą, by ją nazwać i zbyt nieustanną w przeobrażeniach, by poddać ją popowej logice – a jednak album przykleja się do ucha z zadziwiającą łatwością. Gęstość jest tu oszałamiająca, elementów więcej niż możemy odseparować umysłem, ale nic tu nie przytłacza. Płyta nie puszcza oka, nie epatuje nadrzędną wizją, nie udowadnia swojej bystrości – po prostu płynie. Na tej fali wyczuwalna jest pewność ręki twórcy, która ufa temu, co słyszy bardziej niż temu, co dałoby się zapisać na pięciolinii; bo trzeba przypomnieć, że Tranquilizer to album o zanikaniu, przekształcaniu i odnawianiu się, oraz o tym, że pamięć jest nie tylko nośnikiem, ale też niemającą końca rotacją. Daniel Lopatin aktualizuje ścieżkę poszukiwań: wybiera intuicję ponad tezę, radość eksperymentu ponad lęk przed utratą źródeł. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiśmy się, co po nich zostanie – tu odpowiedź nie budzi wątpliwości: swobodny przepływ zamiast ludzkiego ciężaru.
Warp Records, 2025
Foto: Michael Schmelling

Biorąc pod uwagę, że większość prac OPN wyróżnia się zimną czasami mroczną naturą, "Tranquilizer" na tym tle wydaje się odsłaniać najłagodniejsze oblicze, ale i tak zaaranżowane na ściśle określonych warunkach Lopatina. W dalszym ciągu słychać szorstkość w wyborze syntezatorowych brzmień, agresji niektórych cięć czy odpowiednio spreparowanym montażu, z którego zawsze coś interesującego wynika. W nagraniu "Rodl Glide" Lopatin przemyca zawoalowany drobiazg IDM - co na pewno jest dużym zaskoczeniem, ale nie jestem przekonany, czy z tego powodu świat i jego twórczość staną się lepsze. Przede wszystkim atmosfera i treść płyty jest punktem odniesienia do szerszej dyskusji na temat trwałości nośników informacji oraz zachowania lub bezpowrotnej utraty cywilizacyjnej pamięci jako takiej i na pewno nie chodzi tu tylko o ból związany ze zniknięciem danych w gierce komputerowej. Pod nazwą Oneohtrix Point Never zawsze kryła się głębsza treść wywołująca szerszy kulturowy odzew. Tak jest i tym razem. Mam nadzieję, że Daniel Lopatin nigdy z tego nie zrezygnuje.
OdpowiedzUsuńNiesamowicie poruszył mnie utwór For Residue otwierający album. Osobiście nagranie odebrałem jak małą uwerturę sklejoną z mikroskopijnych skrawków resztek pamięci naszej cywilizacji. Wyobraźnia tego gościa rozwala mi umysł!
OdpowiedzUsuńczekałem na dzisiejszą premierę i z tego, co słyszę było warto
OdpowiedzUsuńDotarłem już do domu, z przyzwyczajenia zajrzałem - a tu taka angażująca niespodzianka. W weekend będzie na czym zawiesić ucho.
OdpowiedzUsuńTwórczość Oneohtrix Point Never zawsze kręciła się wokół historii kultury i pamięci. Teraźniejszość, w której teraz się znajdujemy, za dziesięć lat może wyglądać przestarzale, za dwadzieścia lat romantycznie, za trzydzieści lat głupio, a za sto lat jedynie kontekstowo. Tranquilizer to święto odnalezienia utraconych artefaktów. Słuchając tych nagrań, od razu pomyślałem o kasetach VHS leżących na strychu. W końcu wszyscy, których znamy i kochamy z tego okresu, za chwilę bezpowrotnie znikną, stare memy będą żenujące, a obecne metody komunikacji skonfrontowane z rzeczywistością rozszerzoną sprawią, że dzisiejsze smartfony stracą rację bytu, ale ten album sprawia, że doceniam przeszłość taką, jaką pamiętam - w moim umyśle drżącą w superpozycji, w jakiejś dziwnie abstrakcyjnej wizji.
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem Tranquilizer to najlepszy zestaw utworów, jaki Lopatin kiedykolwiek stworzył. Jak udało mu się ułożyć te próbki tak gęsto, misternie, a jednocześnie tak logicznie? Dlaczego Cherry Blue - samotny utwór krążący wokół echa akordu fortepianowego, kończy się idealnie, mimo że to zakończenie zamienia się w próbkę gitary i syntezatorów? Pytań mam więcej, a to w locie uchwycone skojarzenie. Co za fantastyczny projekt. Mam nadzieję, że ten album przyniesie twórcy wielkie, zasłużone uznanie.
Dopiero kilka spokojnych przesłuchań uświadomiło mi, jaką Tranquilizer ma moc i jak wysoko OPN postawił poprzeczkę innym twórcom.
OdpowiedzUsuń