Przejdź do głównej zawartości

Przepływ zamiast ludzkiego ciężaru


Daniel Lopatin – amerykański wizjoner i twórca muzyki elektronicznej pod szyldem Oneohtrix Point Never od lat buduje własne archiwum pamięci i czasu, ale na nowej płycie Tranquilizer [2025] zamienia rolę kustosza przypadkowych dźwięków w rolę performera. Tym razem impuls twórczy nie przychodzi z telewizyjnych ścinek czy manipulacji cyfrowych formatów, lecz z odzyskanych, znikających i powracających bibliotek sampli – narzędzi z założenia użytkowych, które Lopatin przetapia w materiał czysto muzyczny. To album narodzony z ulotności całego zbioru, ale zamiast lęku przed nieodwracalnym zanikiem słychać w nim zgodę na przepływ – akceptację, że wszystko może zostać zapisane i jednocześnie wymyka się spod kontroli. W efekcie powstała płyta mniej konceptualna w deklaracjach, a bardziej instynktowna w geście, jedna z najbardziej przyswajalnych odsłon Oneohtrix Point Never od lat.
                      
Od pierwszych chwil Tranquilizer zachowuje się jak zmienna pogoda. Wiatr, delikatne dzwonki, echa gitary i zniekształcony głos, który bełkotliwie wyrzuca z siebie słowo: z resztek – brzmią jak toast wzniesiony za wszystko, co pozostało po gwałtownej burzy. Z głębi wynurzają się chmury syntetycznych chórów, podmuchy padów, a gdzieś na horyzoncie – tam, gdzie słuch oszukuje zmysły, migoczą odległe głosy: może to ptaki, może maszyny, może płaczące dziecko. Narracja nie dzieli się na części, lecz dryfuje w zlewających się masach: motywy rozkwitają i znikają, gęstość zmienia się w ciemniejące pasma, a puls rodzi się z nieporadnie przyciętych pętli, które zmieniają przypadek w rytm. Paleta brzmień jest jednocześnie znajoma i odświeżona. Szkliste syntezatory, rozbłyski mięsistego basu i porzucone skrawki instrumentów akustycznych tworzą rodzaj półprzezroczystej kurtyny, przez którą stale coś prześwituje. Słychać, że materiał źródłowy pochodzi z bibliotek stworzonych z myślą o funkcjonalności, lecz Lopatin obchodzi kody gatunkowe szerokim łukiem; traktuje sample jak surowiec plastyczny, a nie znaki dźwiękowe epoki. Muzyka przemawia do nas gramatyką barwy i pulsu, a nie teorią melodii czy harmonii, może dlatego jej ekspresja jest tak nośna.


W Lifeworld rozproszone uderzenia perkusyjne rozsypują się jak szklane kulki po blacie, po czym nagle spajają się w miękką falę pastelowego uniesienia. W Cherry Blue klawisze szkicują niemal dream-popową czułość, przywołującą ducha wytwórni 4AD. Modern Lust niesie w sobie coś w rodzaju trzymanego na dystans, przygaszonego jazzowego klucza. Measuring Ruins wybrzmiewa jak pozbawiony grawitacji spacer po ruinach miasta przyszłości, podczas gdy D.I.S. zamienia ambientowy motyw w trans, który oddycha, pulsuje i niepostrzeżenie wciąga w głąb siebie. Pod koniec Lopatin pozwala sobie na figlarną kurtuazję wobec świata istniejącego poza jego własnym. Rodl Glide przez trzy minuty snuje widmowe, spowolnione R&B, by nagle wybuchnąć kaskadą jaskrawych rytmów odwołujących się do klubowej energii stylu Detroit Sound, co jest o tyle zabawne, że rytmiczne sample brzmią jak wtargnięcie tabunu obcych na własny teren. 

Jednak największy paradoks Tranquilizer polega na tym, że mamy tutaj do czynienia z muzyką zbyt ruchliwą, by ją nazwać i zbyt nieustanną w przeobrażeniach, by poddać ją popowej logice – a jednak album przykleja się do ucha z zadziwiającą łatwością. Gęstość jest tu oszałamiająca, elementów więcej niż możemy odseparować umysłem, ale nic tu nie przytłacza. Płyta nie puszcza oka, nie epatuje nadrzędną wizją, nie udowadnia swojej bystrości – po prostu płynie. Na tej fali wyczuwalna jest pewność ręki twórcy, która ufa temu, co słyszy bardziej niż temu, co dałoby się zapisać na pięciolinii; bo trzeba przypomnieć, że Tranquilizer to album o zanikaniu, przekształcaniu i odnawianiu się, oraz o tym, że pamięć jest nie tylko nośnikiem, ale też niemającą końca rotacją. Daniel Lopatin aktualizuje ścieżkę poszukiwań: wybiera intuicję ponad tezę, radość eksperymentu ponad lęk przed utratą źródeł. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiśmy się, co po nich zostanie – tu odpowiedź nie budzi wątpliwości: swobodny przepływ zamiast ludzkiego ciężaru.



Warp Records, 2025
Foto: Michael Schmelling

Komentarze

  1. Biorąc pod uwagę, że większość prac OPN wyróżnia się zimną czasami mroczną naturą, "Tranquilizer" na tym tle wydaje się odsłaniać najłagodniejsze oblicze, ale i tak zaaranżowane na ściśle określonych warunkach Lopatina. W dalszym ciągu słychać szorstkość w wyborze syntezatorowych brzmień, agresji niektórych cięć czy odpowiednio spreparowanym montażu, z którego zawsze coś interesującego wynika. W nagraniu "Rodl Glide" Lopatin przemyca zawoalowany drobiazg IDM - co na pewno jest dużym zaskoczeniem, ale nie jestem przekonany, czy z tego powodu świat i jego twórczość staną się lepsze. Przede wszystkim atmosfera i treść płyty jest punktem odniesienia do szerszej dyskusji na temat trwałości nośników informacji oraz zachowania lub bezpowrotnej utraty cywilizacyjnej pamięci jako takiej i na pewno nie chodzi tu tylko o ból związany ze zniknięciem danych w gierce komputerowej. Pod nazwą Oneohtrix Point Never zawsze kryła się głębsza treść wywołująca szerszy kulturowy odzew. Tak jest i tym razem. Mam nadzieję, że Daniel Lopatin nigdy z tego nie zrezygnuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowicie poruszył mnie utwór For Residue otwierający album. Osobiście nagranie odebrałem jak małą uwerturę sklejoną z mikroskopijnych skrawków resztek pamięci naszej cywilizacji. Wyobraźnia tego gościa rozwala mi umysł!

    OdpowiedzUsuń
  3. bądźmy kwita21 listopada

    czekałem na dzisiejszą premierę i z tego, co słyszę było warto

    OdpowiedzUsuń
  4. Bartek Sikora21 listopada

    Dotarłem już do domu, z przyzwyczajenia zajrzałem - a tu taka angażująca niespodzianka. W weekend będzie na czym zawiesić ucho.

    OdpowiedzUsuń
  5. < kantor wymiany >22 listopada

    Twórczość Oneohtrix Point Never zawsze kręciła się wokół historii kultury i pamięci. Teraźniejszość, w której teraz się znajdujemy, za dziesięć lat może wyglądać przestarzale, za dwadzieścia lat romantycznie, za trzydzieści lat głupio, a za sto lat jedynie kontekstowo. Tranquilizer to święto odnalezienia utraconych artefaktów. Słuchając tych nagrań, od razu pomyślałem o kasetach VHS leżących na strychu. W końcu wszyscy, których znamy i kochamy z tego okresu, za chwilę bezpowrotnie znikną, stare memy będą żenujące, a obecne metody komunikacji skonfrontowane z rzeczywistością rozszerzoną sprawią, że dzisiejsze smartfony stracą rację bytu, ale ten album sprawia, że doceniam przeszłość taką, jaką pamiętam - w moim umyśle drżącą w superpozycji, w jakiejś dziwnie abstrakcyjnej wizji.
    Moim zdaniem Tranquilizer to najlepszy zestaw utworów, jaki Lopatin kiedykolwiek stworzył. Jak udało mu się ułożyć te próbki tak gęsto, misternie, a jednocześnie tak logicznie? Dlaczego Cherry Blue - samotny utwór krążący wokół echa akordu fortepianowego, kończy się idealnie, mimo że to zakończenie zamienia się w próbkę gitary i syntezatorów? Pytań mam więcej, a to w locie uchwycone skojarzenie. Co za fantastyczny projekt. Mam nadzieję, że ten album przyniesie twórcy wielkie, zasłużone uznanie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niewierny Tomasz23 listopada

    Dopiero kilka spokojnych przesłuchań uświadomiło mi, jaką Tranquilizer ma moc i jak wysoko OPN postawił poprzeczkę innym twórcom.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz