Parader [2025] otwiera przed Keatonem Hensonem nowy rozdział, do którego prowadzą wszystkie dotychczasowe płyty, szkice i ucieczki – od akustycznej intymności, po klasyczne kompozycje i instrumentalne azyle. Brytyjski artysta, od lat zaszufladkowany jako patron "smutnej muzyki" wreszcie pozwala sobie na to, by być głośniejszy, cięższy, spontaniczny i paradoksalnie przez to jeszcze bardziej refleksyjny. Ta płyta nie jest ucieczką od melancholii, lecz próbą sprawdzenia, co się stanie, gdy emocje znane ze skrajnie depresyjnych ballad artysty zamieszkają w świecie garażowego rocka.
Współpraca z amerykańskim producentem Alexem Farrarem wnosi rockowy sznyt: rozchwiane gitary, czytelny rytm perkusji i powiększone, bardziej szorstkie brzmienie. Nie ma tu jednak gestu zerwania. To raczej poszerzenie kadru. Zamiast zamykać się w kruchej akustycznej formie, Henson sprawdza, czy jego filigranowy głos i emocjonalna nadwrażliwość wytrzymają konfrontację z przesterem rockowego pędu. Okazuje się, że wytrzymują, a przy okazji nabierają nowych znaczeń.
Już otwierający album Don’t I Just buduje odpowiednio podkręconą dramaturgię: nastrojowe, duszne narastanie prowadzi do serii retorycznych pytań, w których autoironia sąsiaduje z autodestrukcją. Henson uderza w siebie bez znieczulenia: Czy nie zawodzę cię raz po raz? / Czy nie wiem najlepiej, jak wszystko spieprzyć? / Czy nie psuję wam szyków? Czy nie robię tylko bałaganu? Ten samobiczujący się refren jest kręgosłupem całego wydawnictwa – Parader to płyta wrażliwego muzyka, który ma świadomość własnych klisz i porażek, ale nie potrafi od nich uciec inaczej niż przez pisanie kolejnych tekstów. Zamiast więc zerwać z dawnym wizerunkiem, Henson bierze siebie pod lupę i rozbraja od środka.
Najmocniejszy wymiar autorefleksji przychodzi w utworze Past It, gdzie Henson mierzy się wprost ze swoim statusem depresyjnego artysty, zadając pytanie o prawo do powielania tych samych schematów. Czy mam jeszcze w ogóle prawo / śpiewać tę piosenkę i brzmieć tak, jak gdy miałem osiemnaście lat? – pyta, jakby mówił w imieniu wszystkich twórców, którzy w połowie drogi nagle oglądają się za siebie i dostrzegają własną pozę. Odpowiedź nie jest heroiczna ani ironiczna, lecz zwyczajnie ludzka: Dopóki żyję, lepiej, żebym o tym pisał. To zdanie staje się kluczem do Parader: twórczość nie jest już gestem budowania kariery ani umacniania tożsamości, ale aktem higieny psychicznej. Henson pisze, bo potrafi. Śpiewa, bo jego życie nie znajduje innego celu i zainteresowań.
Z kolei utwór Insomnia zanurza się w nocnym chaosie pamięci: shoegaze’owe gitary i emocjonalny wokal przywodzący na myśl Jeffa Buckleya niosą tekst, gdzie bezsenność staje się siecią dawnych obrazów, nieprzepracowanych scen oraz lęków powracających jak echo. To nie jest ucieczka od problemów, a raczej ich wzmocnienie – rockowy napęd tylko podkreśla, że nie da się ich zagłuszyć. Dźwięk się rozrasta, ale sedno wypowiedzi pozostaje do bólu autorskie: czułe, bolesne i niewygodnie szczere.
Choć Parader chwilami bywa hałaśliwy, to w centrum wciąż leży relacja z drugim człowiekiem podszyta lękiem, troską i poczuciem własnej słabości. W piosence Conversation Coach, Henson odwraca wzrok od siebie i przygląda się innym: Spójrz na wszystkich tych ludzi, którzy nie umieją powiedzieć, czego potrzebują. To jeden z tych rzadkich momentów, gdy jego wrażliwość nie zamyka się w introspekcji, lecz obejmuje otoczenie – jakby artysta, który całe życie rozdrapywał własne rany, nagle zaczął dostrzegać, że podobne blizny nosi większość mijanych postaci. W nagraniu Furl z gościnnym udziałem Danielle Fricke minimalizm aranżacji odsłania fizyczne napięcie: Trzymałem cię kiedyś w ramionach – ten prosty wers brzmi jak wyznanie winy. U Hensona miłość jest zawsze czymś, co już się wydarzyło – nawet jeśli ciało wciąż pamięta dotyk. W Tell Me So artysta dodaje: Będę tą miłością, która zostaje w tyle / Będę kimś innym. Tekst brzmi jak cicha obietnica dla kogoś, kto odchodzi, lub zgoda na to, by zostać cieniem dawnego związku. Ta gotowość do bycia "pozostałością" wpisuje się w długą tradycję twórczości Hensona: artysta nigdy nie jest w centrum świata, raczej jest tym, kto kolekcjonuje straty i uczy się żyć z ich ciężarem.
Ważną osią płyty jest też refleksja nad miejscem twórcy w świecie i nad samym aktem tworzenia. Day in New York – jedna z najprostszych brzmieniowo kompozycji opowiada o kimś, kto wyjeżdża do wielkiego miasta zrobić coś ze swoim życiem, podczas gdy Henson zostaje w domu: większość czasu spędzam w domu, kradnąc piosenki z głosu w mojej głowie. To wyznanie obnaża dwoistość jego pracy: z jednej strony twórczość wymaga izolacji, z drugiej – łatwo stać się więźniem własnych odczuć. Boję się, że zmarnuję czas, próbując po prostu być w porządku – dodaje, trafnie definiując lęk generacji, która zamiast heroicznych ambicji ma przed sobą bardziej prozaiczny cel: jakoś funkcjonować. Finałowy Performer działa jak podsumowanie całej dotychczasowej kariery Hensona. W emocjonalnym, pulsującym wstępie utworu artysta śpiewa: Choruję, więc buduję z patyków to, co powinienem stawiać z kamienia, i wszystko wali mi się wokół. To obraz muzyka mającego pełną świadomość kruchości własnej pracy i ulotnych relacji ze światem zewnętrznym.
Jednak w odróżnieniu od wielu wcześniejszych płyt Hensona, Parader nie jest wyłącznie lamentem. Album można czytać jako rockowy eksperyment, późne spełnienie marzeń introwertycznego chłopaka latami chowającego się za gitarą akustyczną, ale można też – i chyba trzeba widzieć w nim autorski zapis tego, jak być dojrzałym muzykiem, gdy wizerunek "smutnego artysty" zaczyna uwierać. Z częścią piosenek niekoniecznie musimy się zgodzić, ale jeśli wszystko musi się zawalić, to niech przynajmniej będzie pięknie napisane i wypowiedziane, a to Keaton Henson potrafi za każdym razem.
Play It Again Sam, 2025
Foto: materiały prasowe

Pamiętam swoją fascynację dramaturgią albumu "Birthdays". Poziom płaczliwych emocji, jakie Henson zaaplikował słuchaczom osiągnął wtedy jakiś niemierzalny szczyt będący w stanie skruszyć każde, nawet najtwardsze serce. Autentyzm tamtych piosenek nie budził żadnych wątpliwości i przyniósł Hensonowi spory rozgłos, ale tym wypadem na rockowe poletko jestem rozczarowany. "Insomnia" powiedzmy ujdzie, "Operator" napina mięśnie, chociaż przester gitary elektrycznej na początku piosenki niczego sensownego do niej nie wnosi. Inne kawałki przypominają słabe dema amatorskich kapel garażowych z końca lat 90. Moim zdaniem niezmiennie i najlepiej wypadają ciche ballady zaśpiewane z gitarą akustyczną w ręku. Nie sądzę, żeby Hensonowi udało się czymkolwiek innym przebić ich autorskiego napięcia.
OdpowiedzUsuń