Album liczy zaledwie siedem utworów, a jednak sprawia wrażenie większej całości, czegoś pomyślanego jako środkowy rozdział złożonej trylogii. Nowojorski twórca jasno sygnalizuje, że mamy do czynienia z płytą zawieszoną pomiędzy gwałtownym wybuchem wcześniejszego albumu Whodunnit [2024] a czymś, co być może wkrótce nadejdzie. To zawieszenie staje się osią Watch the Sunflowers. Muzyka i teksty przypominają spojrzenie człowieka, który jeszcze nie wyszedł z gwałtownej burzy, ale na pochmurnym niebie zaczyna dostrzegać skrawki błękitu.
Otwierający płytę Dreaming jest czymś w rodzaju prologu i manifestu. Knishkowy wita słuchacza słowami: Niektóre rzeczy zajmują trochę czasu – jakby z góry uprzedzał, że ta płyta domaga się cierpliwości, spokoju i wielokrotnych przesłuchań. Migotliwe linie gitar przypominają pajęczą sieć rozpiętą między snem a jawą. W tle słychać cichą deklarację twórczą. Zamiast natychmiastowych rozwiązań będą pytania, zamiast kulminacji ostrożne przesunięcia nastrojów. Nagranie ujawnia atmosferę całej płyty: miękkie, pastelowe brzmienie i słowa pisane z perspektywy kogoś, kto bardziej próbuje wytrwać niż dojść do konkluzji. Nothing rozwija ten świat w stronę medytacyjnej, folkowo-ambientowej przestrzeni. Broszowane bębny, dyskretne syntezatory i łagodne gitarowe arpeggia budują coś na kształt kołysanki, w której miarowy takt przypomina puls bijącego serca. Z kolei Swimming wciąga od razu w sam środek nurtu. Tu akompaniament gitary rozbłyskuje w krótkich frazach przypominających refleksy słońca na wodzie, a wers: Pływać z szeroko otwartymi oczami – łączy czujność i ludzkie marzenia z tym, co istnieje poza nami.
Wyraźniejsze pęknięcie przynosi utwór Ego. Fortepian wprowadza tu nerwową energię, a pytanie: Czy muszę być miły?, wybrzmiewa jak prowokacja rzucona zarówno sobie, jak i słuchaczom. To nie introspekcja, a raczej zarys konfliktu między tym, kim jesteśmy, a tym, kim chcemy być. Nagranie Spaces stanowi jeden z najbardziej zaskakujących punktów płyty. Tam, gdzie wcześniejsze utwory opierały się głównie na organicznych brzmieniach, tutaj pojawia się wyraźny element elektronicznego tła. Tym samym Knishkowy konsekwentnie odmawia zamknięcia swojej twórczości w jednej estetyce. To wciąż intymna piosenka, tylko przepisana na język kalejdoskopowej, wielowarstwowej produkcji. Just Like You przywraca spokój – to powrót do dominującego pulsu płyty. Utwór skupia się na tym, co tak naprawdę znajduje się między ludźmi, między chwilami i między wersami. Oszczędne instrumentarium zostawia miejsca ciszy, a cisza zaczyna znaczyć tyle samo, co dźwięk. To tu najmocniej słychać deklarowane wcześniej rozumienie percepcji: nie chodzi o to, co widzimy, lecz o to, jak uważnie patrzymy.
Kulminacją jest utwór tytułowy zamykający płytę z rozmachem, a jednocześnie bez teatralnych gestów. W tym miejscu spotykają się różne "czasy" Knishkowego: artysta sięga po tekst napisany niemal dekadę wcześniej i zestawia go z obecnym brzmieniem, z dzisiejszą wrażliwością, z tym wszystkim, czego się nauczył po drodze. Na poziomie aranżacji słyszymy szerokie smyczkowe pasaże, dyskretnie prowadzoną sekcję rytmiczną i gitarę, która raz jest tłem, raz wysuwa się na pierwszy plan. Watch the Sunflowers zawiera wiele meandrujących pytań. Knishkowy zastanawia się: Czy ja śnię? Czy ja żyję? Czy wystarczająco to opłakałem? Od czego zacząć? – ale wszystkie dylematy zostawia bez odpowiedzi.
Ważnym elementem całego projektu jest sposób, w jaki powstał. Podział na dwie sesje – klasyczne nagrania z grupą muzyków z 2022 roku i późniejszy powrót do materiału w 2025 – sprawia, że album obrasta patyną czasu już na etapie produkcji. Piosenki zostały przepracowane dwa razy: raz w procesie pisania, drugi raz w procesie ponownego aranżowania i dopisywania tekstów widzianych z nowej perspektywy. Nie ma tu zwyczajowej dramaturgii pracy od wersji demo do ostatecznego masteru, a raczej powolne rzeźbienie na osi czasu. Na tle dotychczasowej dyskografii Watch the Sunflowers jawi się jako najbardziej kolorowa, a zarazem najbardziej spójna propozycja Adeline Hotel. Knishkowy łączy tu wszystkie swoje dotychczasowe wcielenia: solowego gitarzystę-improwizatora, balladzistę przy pianinie, frontmana rozedrganego rockowego składu, muzyka flirtującego z jazzem. Efektem jest paleta barw przechodzących jedna w drugą – czasem prawie niezauważalnie.
W epoce pośpiesznej konsumpcji muzyki Watch the Sunflowers jest małym aktem oporu. Zaproszeniem, by zwolnić, przysłuchać się, pozwolić odczuciom dojrzewać. Wystarczy krótki przebłysk, żeby usłyszeć znacznie więcej. Adeline Hotel wydłuża ten moment do ponad czterdziestu minut i bardzo trudno jest odnieść wrażenie, że ten czas został zmarnowany.
Ruination Record, 2025
Foto: Chris Bernabeo

nie powiem, atmosferyczne
OdpowiedzUsuńCzasami zaglądam do katalogu Ruination i jak dotąd nie wiedziałem, że Knishkowy jest również jego właścicielem.
OdpowiedzUsuńWszędzie lecą już podsumowania, a okazuje się, że na finiszu roku płyt ponadprzeciętnych, wartościowych, z jakichś przyczyn jeszcze nie nieodkrytych, wciąż nie brakuje. Knishkowy’emu udał się ten album. Najpierw pomyślałem sobie, że wygrywa głównie pasterskim klimatem, ale w tych utworach tkwi coś więcej, czego w kilku słowach nie potrafię nazwać. Dzięki za podpowiedź!
OdpowiedzUsuńJak ja lubię takie "akty oporu" - bardzo przyjemna płyta.
OdpowiedzUsuń