Real Warmth [2025] to płyta o domu, który już dawno przestał być tylko adresem. W świecie Joan Shelley, amerykańskiej twórczyni muzyki folkowej domem są ludzie: z którymi się gra, śpi w busie, krąży między studiami i salami koncertowymi, których codzienne troski bierze się na siebie. Ten album jest jak atlas takich miejsc – zapis wędrówki artystki z Kentucky na północ, z rodzinnego Louisville do małego miasteczka w Michigan, a potem jeszcze dalej – do Toronto, gdzie znalazła tymczasową przystań.
Shelley od lat buduje reputację jednej z najsubtelniejszych autorek współczesnego folku. Na kilku wcześniejszych płytach Over and Even [2015] czy Like the River Loves the Sea [2019] dominowała oszczędna forma: gitara, głos, drobne przesunięcia harmonii. Nowy album wciąż zachowuje ten sam idiom, ale przenosi go w przestrzeń zbudowaną na zespołowym brzmieniu kreślącym bardziej wyraziste ramy. Producent Ben Whiteley, znany choćby z pracy z The Weather Station zaprasza Shelley do kanadyjskiego domu pełnego uchylonych drzwi. Pojawiają się lokalni muzycy: Nathan Salsburg, Ben Whiteley, Matt Kelley, Karen Ng, Philippe Melanson, Doug Paisley, Tamara Lindeman, Ken Whiteley, Talya Bloom Salsburg. Ta szeroka konstelacja nie jest tylko listą płac – to realna wspólnota, dająca o sobie znać już w utworze Here in the High and Low otwierającym płytę, gdzie kołysząca melodia Shelley natrafia na sprężysty puls perkusji i elektrycznych gitar. Również jazzowe nuty od dawna obecne w twórczości Shelley wychodzą teraz z cienia. Saksofon Karen Ng krążący wokół On the Silvver and Gold, nie jest tu ozdobnikiem, lecz pełnoprawnym bohaterem narracji – jakby motyw instrumentu i melodia głosu próbowały nawzajem domknąć swoje zdania. Artyści świadomie rozciągają formę piosenek, pozwalając sobie na dłuższe instrumentalne wypowiedzi, jak w kodzie ballady Field Guide to Wild Life, gdzie muzyka na moment odrywa się od słów i zaczyna mówić własnym, abstrakcyjnym językiem.
Tematycznie Real Warmth kontynuuje to, co Shelley potrafi robić najlepiej – pisać utwory działające jak balsam na zranioną duszę. Jedną z kluczowych piosenek jest Everybody, w której Shelley przyznaje, że sama potrzebuje dźwięku, który wyrwie ją z podłości małych codziennych okrucieństw. W nieco inny ton uderza The Orchard – być może najbardziej zaangażowane nagranie w całej dyskografii artystki. To protest song sięgający po obrazy przemocy i planowego okrucieństwa, przywołujący różne współczesne dramaty: od Gazy po Ukrainę, od szkolnych strzelanin po codzienne katastrofy. Wers: Dziecko takie jak moje, osierocone według makabrycznego planu, wstrząsa nie tylko dlatego, że przynosi obraz konkretnej tragedii, lecz również dlatego, że wypowiada coś, co wielu ludzi woli wymazać z pamięci: że cierpienie może być dla kogoś narzędziem, środkiem do celu, na zimno skalkulowaną strategią. W głosie Shelley pojawia się tutaj twardość, jakiej dotąd nie było – nie jest to krzyk, a raczej zapis bezradnej wściekłości.
Brzmieniowo album zgrabnie balansuje na granicy dwóch światów. Z jednej strony wciąż słyszymy gitarę akustyczną i znajomy, ciepły głos Shelley umiejący zamienić każdy tekst w coś, co brzmi jak sekret wyszeptany w półmroku. Z drugiej – zespołowe aranżacje dające piosenkom trochę więcej instrumentalnego wypełnienia. Rytm perkusji nie jest tu tylko miękkim szczotkowaniem, ale często staje się siłą nośną popychającą utwory do przodu. W połączeniu z jazzowymi odcieniami i delikatną obecnością gitar elektrycznych wszystko sprawia wrażenie dobrze wykonanej pracy dalekiej od nachalności.
Utwór New Anthem wydaje się kulminacją tej nowej odwagi. Joan Shelley formułuje w nim osobisty manifest: pragnie hymnu, który będzie brzmiał jak pierwsza miłość i refrenu, który ogrzeje jak ognisko. Nie chodzi jej o wielkie rzeczy, ale o mały drobiazg dla każdej osoby słuchającej z uwagą – coś, co pomoże przetrwać mroźną zimę, złe wiadomości, kolejną falę lęku. To nie przypadek, że właśnie te deklaracje wyrastają na tle brzmienia zbudowanego wspólnie z Kanadyjczykami. Jakby dopiero wśród nich, w nowym domu, mogła pozwolić sobie na tak jasno wypowiedziane słowa.
No Quarter Records, 2025
Foto: Luke Sharrett

Ostatnio trochę się przeziębiłam, więc odpoczywam pod ciepłym kocem, a ballady Joan pięknie umilają mi czas. "On the Silver and Gold" i "Heaven Knows" należą do moich ulubionych :)
OdpowiedzUsuńPiosenki Shelley mają magiczną moc szybkiego stawiania na nogi. Jestem pewny, że przed świętami się uda!
Usuń