Przejdź do głównej zawartości

Egzystencjalna czujność w dwie minuty


Trudno dorastać jako punkowy zespół. Przez prawie dwie dekady kalifornijski Joyce Manor unikał większych potknięć, wypuszczając równy strumień konsekwentnie chwytliwych, bezpośrednich piosenek. Ich zadziorna muzyka nigdy nie potrzebowała wielkich gestów ani koncepcyjnych sztafaży. Wystarczały krótkie formy, ostre riffy, nerwowy śpiew Barry’ego Johnsona i punktualne refreny wykrzyczane w wypełnionym po brzegi klubie.

Na nowej płycie I Used To Go To This Bar [2026] ten sprawdzony model wraca, ale Joyce Manor brzmi dojrzalej, nie przez porzucenie własnego języka, tylko przez zmianę perspektywy. Więcej tu życiowego balastu, nieco mniej punkowej brawury. Nawet gdy tempo dziewięciu krótkich miniatur goni do przodu, w środku słychać emocjonalny ciężar domykający album w niespełna dwadzieścia minut. Płyta staje w pół kroku pomiędzy dwoma biegunami – hałaśliwym Joyce Manor i dorosłą, uporządkowaną odsłoną grupy. Za konsoletą pojawia się Brett Gurewitz, postać-instytucja związana z Bad Religion i Epitaph. Taki wybór niesie obietnicę profesjonalnego rzemiosła oraz dyscypliny brzmieniowej, ale również ryzyko wygładzenia krawędzi. I Used To Go To This Bar na tej granicy często balansuje. Produkcja jest klarowna, selektywna, pełna radiowych haków, która w najlepszych fragmentach dodaje utworom ruchliwości i punkowego nerwu. 

Stylistyczny problem narasta wtedy, gdy porządek wygrywa z charakterem, jak w utworze Well, Whatever It Was. Gitarowe, akustycznie brzmiące nagranie migocze skojarzeniem z The Offspring, a wzięty z życia wers: Straciłem pracę w Little Caesars, bardziej przypomina pastisz – lirycznie wygodny, ale zbyt ułożony, gaszący bezkompromisową zadziorność znaną ze starszych utworów. Podobnie działa singiel All My Friends Are So Depressed, który przyniósł grupie rozpoznawalność na listach Billboardu. Konstrukcyjnie to chwytliwy utwór, lecz produkcja temperuje jego sprężystość tak mocno, że zostaje country'owy szkic zamiast pełnokrwistej piosenki.


Jednak gdy zespół trafia w punkt, robi to bez wysiłku. Utwór tytułowy jest pokazem siły Joyce Manor w najbardziej klasycznej postaci: refren pęka od napięcia, tempo niesie wszystko do przodu, ale w centrum zostaje żal. Johnson wraca myślami do pogrzebu, na którym go zabrakło, a potem rzuca słuchacza w wir chwytliwej melodii i powtarzanego wyznania: Czas płynie tak wolno, kochanie / Chciałbym, żebyś tu była. Ten kontrast, rozpędzony pop punk i bezradność wobec śmierci, stają się napędem całego albumu. Wcześniej Joyce Manor pisali o wstydzie, zagubieniu i młodzieńczych relacjach. Teraz emocje mają inną temperaturę: mniej beztroskiego humoru, więcej cichego osuwania się gruntu. Well, Don’t It Seem Like We’ve Been Here Before startuje jak taran. Opowiada o ciężkiej chorobie przyjaciela. To moment, gdy Johnson udowadnia, jak sprawnie potrafi upchnąć dramat w formę krótkiej miniatury bez popadania w patos. Teksty działają tu fleszem, drobiazgiem, urwanym wspomnieniem, a muzyka – paradoksalnie lekka, nie przykrywa ciężaru, tylko pozwala go unieść. Dzięki temu album nie wchodzi na teren ponurych epitafiów. Zamiast tego wybiera nerwową jasność, jakby świadomość końca podkręcała tempo. 

Najciekawszy zwrot estetyczny przynoszą fragmenty podkreślające popową naturę Johnsona. Falling Into It z nowofalowymi syntezatorami dopowiada to, co zespół sygnalizował już wcześniej. Klawisze nie są tu ozdobą, raczej kolejną sprężyną w mechanizmie grupy. Piosenka ma rozmach, a jednocześnie zachowuje charakterystyczną dla Joyce Manor zwięzłość, z brakiem miejsca na oddech. After All You Put Me Through idzie jeszcze dalej: pojawia się posmak funku, przygaszony groove, sugestie bongosów i smyczków. To nie rewolucja, ale inteligentne poszerzenie stylistycznej palety pokazujące, że zespół może wybierać między punkową prostotą a popową wyobraźnią.

W drugiej połowie płyty szczególnie mocno pracuje temat wieku i rozczarowania. The Opposium niesie wyznanie o byciu cieniem dawnej chwały, ale utwór napędza pociągowy beat i krążąca linia basu. Wrażenie jest takie, jakby ciało chciało biec, a głowa liczyła się już z ryzykiem. To piosenka o zmęczeniu bez spowalniania kroku. Album w kilku miejscach brzmi jak próba utrzymania tempa życia, gdy lista wykluczeń robi się coraz dłuższa. Finałowy Grey Guitar zostaje w pamięci najmocniej. Zamiast tradycyjnej dla Joyce Manor petardy, dostajemy utwór, w którym wokalista roztrząsa, co się dzieje, gdy granie nie naprawia już niczego. Harmonizowane riffy tworzą miękkie tło dla najciemniejszej treści na płycie. W wyobraźni pojawiają się różne scenariusze śmierci dawno niewidzianego przyjaciela, bez pewności i bez domknięcia. Ten brak spinającej klamry jest sednem wszystkich nagrań. Zespół nie próbuje udawać, że cokolwiek da się łatwo oswoić, ale pozwala tej niewygodzie wybrzmieć.

I Used To Go To This Bar nie jest albumem pozbawionym słabych momentów. Wygładzenie brzmienia czasem odbiera Joyce Manor bezpośredniość, a pojedyncze utwory zbyt wygodnie zawłaszczają cudze pomysły. Mimo to płyta wygrywa szczerością opowiadania o żałobie i lęku w formie chwytliwych piosenek. Najlepsze fragmenty pokazują zespół w rzadkiej równowadze: popowa intuicja pracuje tu ramię w ramię z punkowym instynktem, a nad wszystkim unosi się egzystencjalna czujność. To nie tyle kronika imprezowych czasów minionych, ile zapis chwili, gdy tytułowy bar staje się wspomnieniem, a pamięć i wiek zaczynają boleć bardziej niż wczorajszy kac.



Epitaph Records, 2026
Foto: Dan Monick

Komentarze