Okoliczności powstania płyty dodają jej szczególnego kontekstu. Waves Of Desire został nagrany w przerwie europejskiej trasy, w historycznym studiu Maarweg w Kolonii, nieprzerwanie działającym od lat 50. To miejsce, w którym aura analogowej przeszłości nie jest tylko wystrojem, lecz sprawnie działającą infrastrukturą – pomieszczeniami z naturalną akustyką i sprzętem pamiętającym inne epoki nagraniowe. Leger przyjechał tam ze swoim sprawdzonym zespołem The Situation w składzie: Dan Mock – bas, Kyle Sullivan – perkusja, Alan Zemaitis – instrumenty klawiszowe, a na miejscu dołączyli do nich niemieccy muzycy: gitarzysta i współproducent Julian Müller oraz wokalistka Suzan Köcher. Ten międzynarodowy skład okazał się kluczem do brzmieniowej tożsamości płyty – słychać na niej północnoamerykańskie korzenie, ale i europejską wrażliwość na barwę i detal aranżacyjny.
Już po kilku minutach staje się jasne, że Leger sięga tu do muzyki, w której zakochał się jako dziecko. Echo The Beatles, The Everly Brothers, Roya Orbisona i The Zombies przewija się przez cały album, ale nie jako stylizacja, a bardziej harmoniczny rodzaj DNA. Jednocześnie w kilku utworach pobrzmiewa dylanowski zmysł narracyjny, ale też wyluzowana energia znana z wczesnych nagrań Little Steven & The Disciples Of Soul. Nad całością unosi się charakterystyczny głos Legera: może nieefektowny w wirtuozerskim sensie, za to pełen kruchości, szorstkości i wewnętrznego napięcia, które sprawia, że nawet najbardziej klasycznie napisane piosenki nabierają współczesnego ciężaru emocjonalnego.
Otwierający album Alcatraz to sygnał, że mamy do czynienia z innym obliczem Legera. Pobrzękująca 12-strunowa gitara, miękkie organy Hammonda i chwytliwe harmonie wokalne tworzą brzmienie, które mogłoby spokojnie trafić na dobrze zestrojoną składankę jangle-popu. Pod tą pozorną lekkością kryje się jednak melancholia – tekst i sposób frazowania niosą w sobie poczucie uwięzienia, którego nie łagodzi nawet słoneczna otoczka aranżacji. Utwór It’s So Strange kontynuuje ten trop, ale przenosi nas jeszcze głębiej w historię popu. Podwojone gitary akustyczne, mellotron i precyzyjnie ułożone chórki budują atmosferę przywołującą zarówno kruche melodie Everly Brothers, jak i wczesne brzmienie amerykańskich i kanadyjskich przebojów radiowych z lat 70. W piosence Willow Ave Leger sięga po autobiograficzną pamięć: wspomnienia spacerów z ojcem po wschodniej części Toronto stają się punktem wyjścia dla opowieści o miejscu kojarzonym z rodzinnym ciepłem. Melodia zaczyna się niepozornie, jak intymna domowa piosenka, by stopniowo narastać, otwierać się harmonicznie i emocjonalnie. To jeden z tych momentów, w których Leger najpełniej wykorzystuje swoje doświadczenie autora piosenek. Nic tu nie jest rewolucyjne, ale każdy element trafia dokładnie tam, gdzie powinien.
Środkowa część nagrań przemyca wyraźne wzmożenie. Tytułowy Waves Of Desire jest najbardziej wybuchowym fragmentem płyty. Pod powierzchnią słodkiej melodii kryje się niemal punkowa zadziorność napędzana przez szorstkie gitary i ekspansywną sekcję rytmiczną. Z kolei Calling A Bluff zmienia tempo i ton, prowadząc słuchacza w mroczniejsze rejony. To utwór w tonacji molowej, oparty na bujającym rytmie i kolejnej znakomitej partii organów Hammonda. Muzyk śpiewa tu bardziej z gardła, z lekko chropowatą rezygnacją, która dobrze koresponduje z tekstem o rozpoznaniu kłamstw, zarówno w relacjach, jak i w samym sobie. W okolicach You Don’t Have To Stay Long pojawia się cień Boba Dylana – w sposobie prowadzenia frazy, w rytmie opowieści, w pozornie swobodnej, a w rzeczywistości precyzyjnie wyważonej konstrukcji wersów. Przy całej oczywistości tego odniesienia, Legar nie popada jednak w naśladownictwo; raczej pokazuje, że nauczył się od mistrza jak mówić dużo między wersami, zostawiając słuchaczowi miejsce na dopowiedzenia. Zamykający płytę Back In Love With Me Again to z kolei współczesny klasyk country napisany z prostotą wymagającą jednak odwagi. Narracja jest boleśnie bezpośrednia, a liryzm piosenki zostaje dodatkowo wzmocniony przez ścieżkę harmonijki. Jerry Leger nie ucieka tu w metafory, opowiada o pragnieniu miłości w sposób, który mógłby brzmieć banalnie, gdyby nie autentyczność jego głosu i umiejętność znalezienia właściwej frazy.
Jeśli w rocznicowym momencie kariery istnieje coś takiego jak "płyta popisowa", to Waves Of Desire wypełnia tę rolę z nawiązką: mamy tutaj do czynienia z portretem dojrzałego autora piosenek, który z pełną świadomością swoich inspiracji i umiejętności tworzy muzykę przystępną, głęboko zakorzenioną w tradycji, jednocześnie na wskroś osobistą, przyjemną w odbiorze, a przy tym bez kompleksów opierającą się konkurencji niemal równolegle wydanych płyt Tony Molina – On This Day [2025] czy Sharp Pins – Balloon Balloon Balloon [2025] eksplorujących podobny zamysł stylistyczny.
DevilDuck Records, 2025
Foto: Amelie Förster

To już wszystko w tym roku. Niezmiernie jestem wdzięczny za wsparcie, obecność, liczne komentarze i wartościową korespondencję. Styczniowe zapowiedzi płytowe już są, wydają się obiecujące, kilku nowościom już się przysłuchuję, na inne czekam z niecierpliwością. Wszystko wskazuje na to, że łamach bloga spotkamy się zaraz po wznowieniu cyklu wydawniczego, a z okazji Nowego Roku moim czytelnikom życzę samych radosnych dni, góry wspaniałej muzyki i mnóstwa czasu na jej słuchanie.
OdpowiedzUsuńSzczęśliwego :)
OdpowiedzUsuńOd siebie życzę w Nowym Roku niekończących się muzycznych inspiracji.
OdpowiedzUsuńPrzejrzałem sobie blogowe archiwum i muszę przyznać, że rok 2025 przyniósł sporo całkiem przyjemnych płyt. Naprawdę było czego słuchać. Wśród 68 propozycji kilkanaście zrobiło na mnie duże wrażenie, skłoniło do zakupu i powiększenia swojego zbioru. Już jestem ciekawy, co przyniesie przełom stycznia i lutego, życzę więc dobrego ucha, trzymania ręki na pulsie i umiejętności rozróżnienia żywej muzyki od tego, co wygeneruje nam AI.
OdpowiedzUsuńZaintrygowało mnie ostatnie zdanie Twojego komentarza. Prawdopodobieństwo napisania pierwszej recenzji płyty wirtualnego bytu stworzonego przez AI zbliża się wielkimi krokami i niewątpliwie nastąpi, jak sądzę nie tylko na łamach mojego bloga. Już się zastanawiam, jak sobie z tym zjawiskiem poradzić, czy ustanowić odrębną kategorię, oznaczyć odpowiednią etykietą, a może pisanie takich recenzji cynicznie zlecić konkurencyjnej AI - niech recenzuje to, co stworzyła inna. W ten sposób spełniłoby się moje dawne futurystyczne marzenie o interaktywnym blogu, który sam się pisze.
Usuńbrrrrrrrr ……. niedoczekanie!
Usuńnawet niezły pomysł. mogłoby być zabawnie
UsuńZjawisko ma już miejsce. Wprawdzie zrecenzowania zawartości dwóch płyt wirtualnego zespołu Velvet Sundown redakcje poważnych magazynów muzycznych odmówiły, ale kilka szerszych recenzji na stronach znanych blogerów jednak się ukazało, wystarczy poszperać w googlowej wyszukiwarce. Moim zdaniem to tylko kwestia czasu i odpowiednich pieniędzy, pod którymi ugną kolana oficjalne media, prasa i nie jeden krytyk.
UsuńRadosnego skoku do Nowego Roku !
Od nas dużo zdrówka!
OdpowiedzUsuńOde mnie również
OdpowiedzUsuńTuzina mocarnych płyt życzę.
OdpowiedzUsuń