Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2026

Honora

Album   Flea  –   Honora [2026] otwiera w dorobku artysty rozdział szczególny, długo dojrzewający, ale brzmiący jak dzieło świadome własnej tożsamości. Po latach spędzonych na największych scenach świata jako basista Red Hot Chili Peppers, Flea kieruje spojrzenie ku jazzowej trąbce, swojej niezapomnianej pierwszej miłości i czyni to z dyscypliną rasowego kompozytora i improwizatora. Solowy debiut przynosi album głęboko osobisty, a przy tym otwarty na dialog z tradycją oraz szerokim pejzażem współczesnych brzmień Los Angeles skupionych wokół wytwórni Brainfeeder . Muzyk traktuje jazz jak odrębny język pozwalający mówić o pamięci, energii i twórczej ciekawości. W centrum stoi radość grania oraz potrzeba dzielenia się procesem twórczym, dzięki czemu Honora pulsuje naturalnie wyzwolonym brzmieniem. Słychać tu swobodę artysty, a jego wieloletnie doświadczenie pełni rolę katalizatora dalszych poszukiwań wyrażonych przez uważność, ekspresję, czasem przez medytacyjny bezruch....

Mapa bardzo indywidualnej wrażliwości

Na tle współczesnego jazzu niewiele jest postaci tak wyrazistych, jak Shabaka Hutchings . Przez lata brzmienie jego saksofonu stanowiło znak rozpoznawczy nowej generacji muzyków londyńskiej sceny: barwnej, energicznej, jawnie politycznej, transowej, otwartej na zmiany i rytmy lokalnych diaspor. Gdy na płycie Perceive its Beauty, Acknowledge Its Grace [2024] Shabaka porzucił saksofon i otworzył worek pełen drewnianych fletów pochodzących z różnych części świata, wielu sympatyków jego twórczości uznało ten gest za artystyczny kaprys obarczony zbyt dużym ryzykiem. Nowy album Shabaka – Of The Earth [2026] przecina te wątpliwości. Saksofon słychać już w pierwszym utworze, ale rdzeń płyty stanowi decyzja estetyczna wyjścia poza ideę jednego instrumentu, jednego gatunku i jednej roli. W takim ujęciu saksofon nie musi być centrum wszechświata, a flety nie muszą odgrywać roli egzotycznej przyprawy.  To album solowy w pełnym znaczeniu tego słowa. Nie ma tu rozmów prowadzonych przez sekcję...

Piękno współpracy traktowanej serio

Nadrzędnym motywem nowej płyty Pat Metheny – Side-Eye III+ [2026] jest ciągłość kompozycyjna, gdzie główne wątki i improwizacja tworzą wspólną narrację. Tematy w czasie rzeczywistym są przedstawiane, załamywane, przetwarzane i na nowo wypowiadane. Rolą zespołu jest towarzyszenie kolejnym epizodom, które wraz z ewolucją ośmiu kompozycji na bieżąco kalibrują środowisko harmoniczne i rytmiczne. Słuchacz ma poczucie obcowania z formą żywą, stale dopowiadaną, a zarazem trzymaną w ryzach wyraźnej architektury. Rdzeń projektu stanowi trio: Pat Metheny na gitarze, Chris Fishman na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Daryl Johnsi i Jermaine Paul na basie, Joe Dyson na perkusji. Już ten skład zapewnia szerokie spektrum barw, od krystalicznej precyzji fortepianu po elastyczność gitary, od pulsującej motoryki bębnów do cichej pauzy. Utwory bywają poszerzane o wokale, a także o harfę czy dodatkowe perkusjonalia. Te dodatki działają jak pogłębienie perspektywy, dzięki czemu główny wątek mel...

Pięć utworów o stracie i odporności

Jan Esbra – kolumbijski gitarzysta, kompozytor i improwizator obecnie rezydujący na nowojorskim Brooklynie, specjalizuje się w przechwytywaniu emocjonalnego ciepła z wielowarstwowych tekstur i zacieraniu granic pomiędzy szeroką gamą wpływów muzycznych łączących elementy ambientu, postrocka, shoegaze i math-rocka. Skromny rozmiarem, ale gęsty od znaczeń album Keep Moving Forward [2026] jest żywym zapisem czasu przejścia, wstrząsu i mozolnej odbudowy po rozpadzie wieloletniego związku, utracie poczucia domu oraz naruszenia przyjacielskich więzi. Tytuł płyty wywiedziony z ojcowskiego powiedzenia: idź do przodu , działa tu jak fizyczny impuls przetrwania – nawet gdy wszystko wokół zaczyna się walić.   Największą siłą Keep Moving Forward pozostaje wrażenie pisania w samym środku wydarzeń. Nie ma tu dystansu ani próby wygładzenia, ale emocje nie są też podane wprost; często przechodzą w struktury, brzmienia i napięcie między repetycją a nagłą zmianą formy. Esbra zakorzeniony w my...

Kolektywny stan rozproszenia

Hen Ogledd albumem Discombobulated [2026] trafia w czuły punkt brytyjskiej codzienności, gdy rzeczy zdawałoby się oczywiste, nagle przestają do siebie pasować, a logika dnia codziennego popada w chaos. Tytuł płyty przypomina trafne określenie chwilowego zamieszania. W praktyce album rozwija tę obietnicę nadzwyczaj konsekwentnie, ale zamiast wieścić katastrofę, stanowczo buduje świadomość, że coś się już wydarzyło, tylko nikt nie potrafi tego nazwać.  Hen Ogledd od początku działa bardziej jak kolektyw niż modelowy zespół. Zderzenie skrajnie różnych wrażliwości Richarda Dawsona, Dawn Bothwell, Rhodriego Daviesa i Sally Pilkington nie prowadzi do wspólnego mianownika, bardziej do policentrycznej narracji, gdzie każdy głos zachowuje odrębny dialekt i stylistyczne skrzywienie. Nawet nazwa grupy zaczerpnięta z walijskiego określenia Starej Północy niesie w sobie obraz mozaiki królestw, którym daleko do monolitu. To rozdrobnienie słychać od pierwszych minut. Album nie wybiera jednej ...

Po sennym koszmarze nic nie wygląda tak samo

Brytyjski twórca Jacob Allen działający jako Puma Blue  wykonuje ruch dość ryzykowny – bierze zestaw znaków rozpoznawczych swojego brzmienia i przestawia je w stronę tarcia. Na płycie Croak Dream [2026] nie chodzi o prostą zmianę klimatu ani modę na nostalgicznie brzmiące sample. To album o stanie emocjonalnym, w którego centrum tkwi obsesyjne pytanie o naturę więzi, o cenę zaufania, o to, co pozostaje w pamięci, gdy senna mara o śmierci dobiegnie końca. Odpowiedź nie pada wprost, choć narracja całego materiału jest zadziwiająco spójna jak na artystę skłonnego do eksploracji mglistych sygnatur tym razem zorganizowanych wokół nisko pulsujących, mrocznych krajobrazów.  Od strony stylistycznej Croak Dream zanurza się w trip-hopie, puszcza oko w stronę jungle, korzysta z sennej poświaty lo-fi, po czym nasyca te ramy elementami niepokoju. Allen od dawna łączy przydymione R&B z gitarą dotykającą natchnionych nut, ale tym razem produkcja ma w sobie więcej napięcia. Mięsisty ryt...

My Days of 58

Obszerna dyskografia  Billa Callahana przypomina spokojny marsz przez krajobraz, gdzie cisza unosi ciężar znaczeń, a pojedyncze słowo potrafi otworzyć całe niebo. Amerykański muzyk i poeta dysponujący barytonem niskim jak dno studni, z prostych zdań konstruuje narzędzia do mierzenia spraw ostatecznych. W jego piosenkach na próżno szukać fajerwerków. Wystarczy kilka akordów, cichy takt i jeden wers, żeby zawarta w nim myśl została z nami przez długie tygodnie.  Początki pod szyldem Smog niosły surową intymność nagrań brzmiących jak notatnik prowadzony nocą. Tam zrodziła się metoda: wykroić z życia mały kadr, ustawić go w świetle i poczekać aż zacznie przemawiać językiem skierowanym na szczegół. Callahan pisze jak ktoś, kto ufa rzeczom: zwierzę, rzeka, samochód, deszcz, miasto, jabłko, łóżko, światło w kuchni. Te rekwizyty są jego alfabetem. To z nich powstają utwory o miłości, samotności, męskiej wrażliwości nieuciekającej w pozę. Artysta potrafi być zabawny, okrutnie szczery...