Album od pierwszych minut zwraca uwagę sposobem prowadzenia produkcji. Emile Papandreou wzbogaca świat Imarhan o dodatkowy wymiar. Eteryczne syntezatory modularne nie konkurują tu z gitarami ani warstwą rytmiczną, lecz tworzą dla nich rozległy horyzont. Dzięki temu Essam brzmi gęsto, a jednocześnie przejrzyście: puls sekcji rytmicznej zakorzenia utwory w ziemi, gitary i wokale prowadzą wątki melodyczne, a elektroniczne smugi unoszą dźwięki ponad schemat, wzbogacając percepcję odbioru. Essam jest płytą zespołową, w której wyraźnie słychać chemię pięciu muzyków, ich wyobraźnię rytmiczną i umiejętność budowania melodii osiadających w głowie słuchacza bez popadania w banał.
Utwór Ahitmanin otwierający album ustawia ton dla całego projektu. Nagranie rozgrywa się na przecięciu tradycji i globalnych, gitarowych skojarzeń. Muzycy Imarhan nie flirtują tu z kalką, raczej pokazują mechanizm umiejący udźwignąć ciężar tradycji wbudowany w prosty schemat melodyczny. To, co w tym utworze jest szczególnie cenne, to sposób, w jaki syntezatory podświetlają harmoniczne punkty ciężkości. W efekcie nagranie zyskuje dziwnie niepokojącą klarowność – jak fotografia wykonana w zbyt ostrym słońcu. W pieśni Derhan N’Oulhine klawisze buduje sprężystą platformę pod opowieść o miłości, jej radościach i zwątpieniach. Tuaregowie mają szczególny talent do pokazywania uczuć bez napinania emocji. To muzyka, która nie tyle opisuje doświadczenie, ile pozwala się w nim odnaleźć: rytm trzyma ciało, melodie podpowiadają słowa, a głos intonuje pełne znaczeń zaklęcia.
Centrum płyty należy do Azaman Amoutay, utworu-klucza najlepiej odsłaniającego ambicje Essam. Początek jest niemal ascetyczny: oszczędne bębny, głos zanurzony w pogłosie, przestrzeń rozpięta szeroko, jakby zespół chciał sprawdzić, ile ciszy można wpuścić do wnętrza utworu. Z czasem pojawiają się syntezatorowe drony, gitara i dodatkowe harmonie wokalne, a refren zaczyna działać jak powracająca fala przypominająca hipnotyczny rytuał. Tematycznie jest to pieśń żałobna, oskarżycielska: mówi o egoizmie, moralnym rozproszeniu, o świecie pędzącym tak szybko, że nie nadążają za nim ani relacje, ani odpowiedzialność. Choć tekst stawia pytania o to, jak tym wszystkim zarządzać, muzyka sugeruje odpowiedź: poprzez współdziałanie, zbiorową pamięć wspólnoty i troskę o tych, na których nam zależy.
Ostatnie fragmenty płyty odsłaniają jeszcze jedno oblicze zespołu – ciepło, które nie jest przytulne, lecz wspólnotowe: wynikające z tego, że Imarhan brzmią jak ludzie grający razem od dawna, ufający sobie na tyle, by zostawiać w muzyce przestrzeń na drobne niedopowiedzenia. Finał w postaci chóralnie wykonanego utworu Adounia Tochal oraz Assagasswar, zakończonego przez producenta łagodnym wyciszeniem dźwiękowym, działa jak stopniowe rozpuszczenie obrazu: zamiast kropki dostajemy zanikanie, w którym wciąż drga to, co usłyszeliśmy wcześniej.
City Slang, 2026
Foto: materiały prasowe

Uczestnicząc kilka ładnych lat temu w koncercie Tinariwen, aż zamarzyła mi się kolejna dawka pustynnego bluesa na żywo. Atmosfera i harce pod sceną nie miały końca. Na występie Imarhan pewnie nie byłoby inaczej.
OdpowiedzUsuń"Derhan N’Oulhine" - przepiękny!
OdpowiedzUsuńMój szacunek dla producenta płyty Emile Papandreou. Pomysł na syntezatorowe uwspółcześnienie brzmienia muzyki Imarhan w pełni uzasadniony, no i jakość dźwięku znakomita, bardzo dobrze się tego słucha.
OdpowiedzUsuńFajnie koleś rzeźbi na tej gitarze
OdpowiedzUsuńmnie najbardziej wkręcił transowy Tinfoussen
OdpowiedzUsuń