Przejdź do głównej zawartości

Upadek Planety X


Sleaford Mods to intrygujące zjawisko na styku muzyki, kultury i reportażu społecznego. Duet, który za pomocą minimalistycznych środków wyrazu produkuje broń masowego rażenia, a z pozornie prymitywnej formy, narzędzie precyzyjnej diagnozy brytyjskiej codzienności. Ich twórczość jest jednocześnie punkową kontynuacją tradycji mówienia prawdy wprost, a zarazem współczesnym strumieniem społecznego buntu, bezradności, ironii. 

Trzon Sleaford Mods stanowią dwie barwne postaci: Jason Williamson – autor tekstów i wokalista, którego styl to coś pomiędzy melodeklamacją a monologiem wściekłego stand-upera oraz Andrew Fearn odpowiedzialny za warstwę muzyczną, bity i proste, zapętlone podkłady. Co ważne, szkielet rytmiczny twórczości Sleaford Mods jest celowo surowy, powtarzalny, czasem wręcz ascetyczny, jakby miał tylko trzymać puls, żeby słowa mogły uderzać z maksymalną siłą. Ten minimalizm ma sens społeczny. Sleaford Mods brzmią tak, jak wygląda rzeczywistość, o której opowiadają: tanio, prowizorycznie, bez obietnicy poprawy. Ich twórczość nie buduje nastroju, tylko konfrontuje. 

Najważniejszym instrumentem duetu jest język Williamsona: prostacki, wulgarny, potoczny, pełen skrótów i gwałtownych przeskoków myśli. To nie przypadkowa agresja, lecz strategia. Sleaford Mods rejestrują emocjonalny stan społeczeństwa – napięcie wynikające z lat zaciskania pasa, różnic klasowych, prywatyzacji, niepewności zatrudnienia, erozji usług publicznych. Ich wersy często przypominają strumień świadomości człowieka próbującego zachować godność, ale co chwilę trafiającego na ścianę: upokarzający urząd, toksyczne miejsce pracy, pogardę klasy średniej, cynizm mediów. Gniew duetu nie jest czysto proletariackim romantyzmem. Sleaford Mods potrafią uderzyć również w hipokryzję liberalnej klasy średniej, w powierzchowny aktywizm, w wygodne oburzenie, które nie kosztuje nic poza postem w mediach społecznościowych. Dzięki temu unikają podziału na "dobrych biednych" i "złych bogatych". Ich świat jest prosty, brudny i sprzeczny – a przez to wiarygodny. 

Choć wizerunek duetu opiera się na wściekłości, równie istotny jest ich humor: czarny, sarkastyczny, często autoironiczny. To humor ludzi, którzy wiedzą, że moralne zwycięstwo nie zapłaci rachunków, ale też nie chcą całkiem oddać życia rozpaczy. Śmiech u Sleaford Mods bywa formą przetrwania i demaskacji: ośmiesza nadęty język polityków, marketingowe slogany, klasowe pozy. Ich utwory potrafią brzmieć jak komiczne skecze – tylko że pointa boli, bo dotyczy realnych mechanizmów upokorzenia.


Nowy album Sleaford ModsThe Demise of Planet X [2026] brzmi jak relacja z końca świata, w której nie było efektów specjalnych. W tym sensie tytuł płyty jest przewrotny. Zmierzch Planety X nie jest tu wydarzeniem – jest obrazem pobrexitowej Brytanii, która nie tyle upadła, ile zwinęła się do trybu przetrwania i nie ma już siły ożyć na nowo. Zawartość płyty opiera się na powtórzeniach, wyczerpaniu, erozji znaczeń, na tym szczególnym rodzaju beznadziei, w którym nawet gniew traci ostre krawędzie, nawarstwia się, a potem zamienia w nawyk. 

Muzycznie to najobszerniejsza i najbardziej otwarta propozycja duetu. Fakt, że materiał powstawał w tak różnych miejscach, jak Abbey Road czy Invada i JT Soar, nie przełożył się na wygładzenie brzmienia. Powiększony skład zespołu i wyolbrzymiona skala nie oznacza tu luksusu – raczej większą kubaturę, w której lepiej słychać echo. Andrew Fearn wyraźnie odchodzi od krótkich, czysto użytkowych pętli na rzecz dłuższych struktur mogących utrzymywać napięcie. Bity częściej "wiszą", niż popychają sprawy do przodu. Repetycja nie jest już tylko ekonomią środków, ale tematem samym w sobie. Ten album potrafi zatrzymać słuchacza w niekomfortowym miejscu, nie dając mu szybkiej ulgi – jakby chciał powiedzieć: zobacz, jak wygląda rzeczywistość, gdy już nawet katharsis nie przynosi wytchnienia. 

Pierwszy utwór The Good Life ustawia konflikt, który będzie wracał: między agresją a samokontrolą, między impulsem do osądu a świadomością własnych zachowań. Śmiech Gwendoline Christie nie jest tu miłą ozdobą. Działa jak głos wewnętrzny, jak chwilowy odprysk świadomości, który wytrąca z trybu napastliwości i wpycha w autoanalizę. Williamson przygląda się tu własnej potrzebie podkopywania, krytykowania, rozmontowywania, próbując dociec, czy jego gniew jest jeszcze narzędziem rozpoznania, czy tylko odruchem, który odpala się sam. Refren dokłada do tego temat "dobrego życia" jako ideału narzuconego jedynie do odegrania. Utwór nie rozstrzyga sporu, to raczej początek kłótni niemającej końca i właśnie w tej energii tkwi jego skuteczność. Ta introspekcja nie spycha jednak świata zewnętrznego na dalszy plan. Album jest zbudowany na przeciąganiu liny: raz w stronę osobistych, raz w stronę społecznych aspektów. W innym miejscu utwór Double Diamond wraca na moment do wczesnej estetyki Sleaford Mods: surowszej, bardziej postpunkowej w geście, z oszczędnymi liniami gitary, monotonną i twardą deklamacją. To utwór kotwica. Uziemia płytę i przypomina, że minimalizm był od zawsze podstawowym budulcem wszystkich nagrań duetu. 

Z kolei Elitist G.O.A.T wyraźnie pokazuje ruch do przodu. Teksty są tu krótsze, cięte, bardziej "snapowe", jakby uformowane przez rytm współczesnej komunikacji, w której zdania żyją krótko, a sens musi zmieścić się w jednym przebłysku. Wrażenie większej lekkości jest pozorne, a utwór nie staje się przez to przyjemny. Refren Aldous Harding hipnotyzuje, lecz nie osładza – raczej stawia kontrę i brzmi jak powiew chłodu. Nagłe ucięcie piosenki działa jak zabieg montażowy: koniec nie dlatego, że "zakończyliśmy temat", tylko dlatego, że dalej i tak byłoby to samo. Te świadome działania wzbogacają paletę możliwości, ale nie rozrywają spójności nagrań. 

W środkowej części płyty najmocniej pracuje wątek kultury cyfrowej – nie jako dekoracji, lecz jako środowiska codziennego życia wymuszającego sposób myślenia i odczuwania. Megaton oraz Shoving The Images uderzają w logikę mediów społecznościowych i polityczną ekspresję w trybie online. Utwory skonstruowane są tak, by odzwierciedlać nerwowość szybkiego scrollowania. To właśnie tutaj teksty nabierają najostrzejszych konturów: świat formowany równie mocno przez algorytmy, co przez ideologie. Świadomość polityczna jest wszechobecna, ale bezsilna, sprowadzona do widoczności, do sygnału, do gestu. Nagrania trafnie pokazują ten stan przeciążenia: wiadomo wszystko, oburza wszystko, a nie zmienia się nic. W efekcie frustracja nie znajduje ujścia w działaniu, tylko krąży w zamkniętym obiegu bodźców. 

Może dlatego The Demise of Planet X nie domyka się na końcu. Utwór tytułowy oraz The Unwrap utrwalają główną tezę wydawnictwa: konsumpcja i rutyna nie są ucieczką, a rozproszeniem. To nie jest świat, w którym można wyjść z systemu, bo system od dawna tkwi w odruchach, w rytmie dnia, w sposobie mówienia i reagowania. Płyta odmawia rozwiązania, bo jej bohaterowie żyją w rzeczywistości pozbawionej rozwiązań: jest tylko kolejna doba, kolejny bodziec, kolejny impuls do złośliwego komentarza. 



Rough Trade Records, 2026
Foto: materiały prasowe

Komentarze

  1. Na ARTE w ramach uzupełnienia jeszcze przez miesiąc można obejrzeć bardzo ciekawy dokument poświęcony Sleaford Mods - Bunch of Kunst. Dla zainteresowanych link do filmu tutaj

    OdpowiedzUsuń
  2. < kantor wymiany >18 stycznia

    Lata lecą, a obaj panowie coraz bardziej upodabniają się do zgryźliwych dziadków z galerii w Muppet Show, ale mam dla nich twórczości sporo szacunku. Nie znam odważniejszych kronikarzy angielskiej rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za link!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz