Przejdź do głównej zawartości

Analogowa siła szczerości


For The First Time, Again [2026] to debiut zbudowany z głosu – nie z wizerunku, promocyjnego zamysłu, czy aranżacyjnych zwrotów akcji. Najpierw pojawia się barwa, dopiero potem reszta świata. Kalifornijski twórca Tyler Ballgame śpiewa tak, jakby każde słowo miało własny ciężar i własny blask, a tembr głosu był plastyczną materią podatną na zmiany – od szeptu po szeroki, niemal teatralny łuk wokalny. W tej ekspresji słychać doświadczenie ulicznego rzemiosła: lata coverów, długie wieczory w małych klubach, repertuar noszony w rękawie niczym prywatny modlitewnik.

Album niesie smak folkowych emocji przepuszczonych przez osobiste marzenia i popową czułość. To nie jest rekonstrukcja epoki ani pastisz z nalepką Americana – bardziej próba odzyskania dawnej niewinności brzmienia: prostych akordów, chwytliwych melodii, serca ułożonego na dłoni. Jonathan Rado, producent płyty i wielki orędownik analogowego brzmienia prowadzi For The First Time, Again w stronę organicznego ciepła. Studyjny zapis przemyca klawisze, organy, akustyczną gitarę, miękkie perkusjonalia, gdzieniegdzie dęciaki i saksofonowe oddechy. Wokół dwunastu premierowych utworów słychać wzajemne porozumienie i cierpliwość wobec dźwięku pozbawionego agresywnej kompresji.


Utwór tytułowy otwiera płytę jak kadr z filmu kręconego tuż przed zmierzchem. Narastający akustyczny motyw nasuwa skojarzenia z klasyką amerykańskiego songwritingu, po czym wyłania się głos artysty spowity nutą melancholii. Narracja przemieszcza się między wybrzeżem Rhode Island a Los Angeles, między tym, co utracone, a tym, co przed nami. Nie ma tu krzyku – jest spokojne zdumienie, jakby powrót do siebie wymagał najpierw uznania własnej kruchości. Oczko niżej I Believe In Love przynosi natychmiastową ulgę. Nagranie lubi słodycz i gitarowe ozdobniki utrzymane w duchu lat 70. Piosenka pokazuje, jak zgrabnie Ballgame potrafi połączyć klasyczną formę z młodzieńczą ufnością we własne możliwości niepopadające w naiwność.

Dalej album przechodzi przez miniatury nastrojów. Matter Of Taste wnosi posmak glam rocka trochę rubasznego, trochę przekornego. Nie wszystko w tej stylistycznej szarży siada idealnie, czasem słychać cięższe lądowanie pomysłu, jakby energia zespołu chciała przejąć ster nad ścieżką wokalu, ale nawet wtedy Ballgame nie gubi melodii, intuicyjnie prowadzi frazę tak, by przywrócić piosence kierunek. Got A New Car i Ooh podbijają wrażenie zabawy. Saksofon potrafi tu błyszczeć jak nocny neon, rytm bywa synkopowany, bardziej taneczny, osadzony w lekkiej analogowej poświacie. To odsłona artysty zostawiającego muzykom przestrzeń na czystą przyjemność grania. Z kolei Sing How I Feel wraca na teren deklaracji. Tytuł działa jak klucz do płyty: śpiewać tak, jak się czuje, bez filtrów, bez stylizacyjnej zasłony. Organowe plamy i fabularna aura podkreślają dramaturgię, ale nie zamieniają jej w melodramat.

 

Najbardziej poruszające momenty płyty rodzą się w półcieniach. I Know operuje żalem wypowiedzianym półszeptem. Ten utwór pachnie nocnym Los Angeles, jazdą bez celu ulicami, które nie obiecują zbawienia, ale pozwalają przeżyć własną ciszę. Ballady na tej płycie nie są tylko przystankami, stają się rdzeniem opowieści o niezgodzie na siebie, o pragnieniu akceptacji i uldze, jaka przychodzi dzięki szczeremu wyznaniu. W innym miejscu You’re Not My Baby Tonight splata tradycję z osobistą raną. W takich chwilach Ballgame pokazuje największą klasę: nie imituje, nie odgrywa roli, tylko prowadzi dialog z historią popu. Jego głos potrafi wykonać elegancki zwrot, żeby zawisnąć na dźwięku tak, by pauza stała się ważną częścią melodii. Finał For The First Time, Again ma dwa oblicza. Deepest Blue wciąga w pogłosową, niemal narkotyczną przestrzeń, trochę indie-folkową u korzeni, trochę fabularną w sposobie budowania napięcia. To utwór, w którym ból nie jest spektaklem, tylko stanem skupienia. Z kolei Waiting So Long domyka całość nutą przekory, z tekstem o błędach, wstydzie i o osobistych postanowieniach zbudowanych na wieloletnim doświadczeniu pracy nad samym sobą.

Nie jest to album bez drobnych potknięć. Część utworów, zwłaszcza tych bardziej zadziornych bywa zbyt dosłowna w stylizacyjnej energii, jakby coverowy repertuar na moment przejmował kontrolę nad autorskim językiem. Słychać fascynacje Orbisonem, Lennonem, Nilssonem, także glamowym blaskiem Bowiego, ale płyta nie osuwa się w muzealny ton. Całość pozostaje sympatyczna, hojna i emocjonalnie nieustraszona, zaśpiewana wielobarwnym głosem pozbawionym kalkulacji, a trzeba przypomnieć, że dla Tylera Ballgame'a to dopiero początek drogi. 



Rough Trade Records, 2026
Foto: El Hardwick

Komentarze

  1. Bartek Sikora25 lutego

    Wyraźnie słychać jak ten mocny głos jeszcze szuka swojej niszy. Potencjał jest duży.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz