Ásgeir porzuca bezpieczny azyl cudzych słów. Po wydaniu kilku płyt opartych na tekstach pisanych przez innych, islandzki artysta postanowił przemówić własnym językiem. Ten gest nabrał ciężaru kolejnych decyzji stylistycznych. Na płycie Julia [2026] słychać subtelną zmianę warsztatu, a także przesunięcie środka ciężkości z opowieści podanych przez filtr, w stronę historii przeżytych osobiście. Ásgeir zawsze śpiewał tak, jakby emocje były jedyną formą prawdy, a wrażliwość narzędziem przypominającym instrument. Nowy album te cechy wzmacnia, chociaż nie jest zbudowany z rewolucyjnych deklaracji.
Brzmieniowo Julia ląduje na fundamencie gitary akustycznej prowadzącej narrację i rozległej przestrzeni zostawionej wokalowi. W nagraniach czuć dyscyplinę i zamysł twórczy. Nic tu nie przytłacza, nic nie wpycha się przed szereg. Instrumentarium zostaje podane w dawkach idealnie odmierzonych, a całość zachowuje przyjemny indie-folkowy charakter nawet wtedy, gdy aranżacje łagodnie się rozrastają. Produkcja powierzona wieloletniemu współpracownikowi Guðmundurowi Kristinnowi Jónssonowi stawia na detal, ciepło i wyważony ton, jednak najważniejsza pozostaje równowaga między wokalem a tekstem. Wcześniej Ásgeir bronił się interpretacją: umiał wejść w cudze słowa i napełnić je własnym światłem. Teraz tembr jego głosu spotyka się z frazą na osobistym gruncie, jakby teksty rodziły się wprost z melodii niosącej naturalny rytm i ciężar słów. Piosenki Universe Beyond oraz tytułowa Julia inspirowane islandzką literaturą, podkreślają tę jedność szczególnie wyraźnie.
W wielu momentach płyta opowiada o wolności – tej cichej, osobistej, pochodzącej z życiowego doświadczenia. Utwór Ferris Wheel dotyka wyboru nowego kursu i ryzyka wpisanego w marzenie. W warstwie lirycznej pobrzmiewają echa dialogu z bliską osobą zachęcającą do podążania za tym, co ryzykowne, a jednak konieczne. Już sam fakt powstania Julii brzmi jak spełnienie takiego marzenia; płyty doświadczonego muzyka wracającego do własnego centrum, do formy bezpośredniej i głęboko osobistej. Akustyczny szkielet tych utworów tylko wzmacnia to wrażenie.
Nie znaczy to jednak, że Ásgeir odcina się od wcześniejszych fascynacji. Sugar Clouds przynosi ślad niedawnej elektronicznej wrażliwości, a jednak wszystko pozostaje pod kontrolą. Zamiast oderwanej stylistycznej demonstracji otrzymujemy subtelne napięcie: sprężyste bębny, miękko rozlane plamy klawiszy, bas o delikatnym pulsie, a wszystko razem nie przysłania ścieżki wokalu, która pozostaje sercem utworu. Na płycie nie brakuje też kilku fragmentów, pod wpływem których słuchacz zatrzyma się na dłużej. Ballada Smoke gra półcieniami, brzmi jak wspomnienie rozciągnięte w powietrzu – wciąż zauważalne, choć nieuchwytne. Z kolei Stranger uderza miękką rezygnacją, nie jako gest rozpaczy, bardziej jako odruch ludzkiej bezradności. Obie piosenki nie proszą o uwagę podniesionym głosem. W tym miejscu warto docenić, jak album został nagrany. W świecie przesadnie krzykliwych produkcji Julia brzmi miękko, naturalnie, blisko. Słychać tu świadome operowanie instrumentarium, głosem i ciszą. Całość przypomina dopracowaną fotografię: ostrość tam, gdzie jest potrzebna; miękkość tam, gdzie lepiej grają niedomówienia.
Obok dziesięciu świetnie napisanych piosenek największym atutem Julii pozostaje fakt, że Ásgeir udźwignął pisanie własnych tekstów, zachowując przy tym uduchowioną naturalność. W takich sytuacjach łatwo o sztuczność albo językowe kalki. Tu ich ma. Słowa płyną, brzmią wiarygodnie, pasują do frazy. Wrażenie autentyczności wynika nie tylko z tematyki, lecz także z rytmu i aranżacyjnej prostoty. Wersy nie udają mądrości, nie epatują metaforami na siłę. Nagrania opierają się na uczuciu i obserwacji, a sens dociera bez ozdobników. Julia niesie poczucie powrotu do domu rozumianego jako stan wewnętrznego spokoju, jasności umysłu, akceptacji własnej wrażliwości. Z perspektywy dyskografii Ásgeira płyta jawi się jako krok rozszerzający jego artystyczną podmiotowość. Z perspektywy słuchacza pozostaje zaproszeniem do okazania wzajemnej bliskości: do wejścia w świat, gdzie każda nuta i każdy wers niosą cząstki prawdy wypowiedzianej półszeptem.
One Little Independent Records, 2026
Foto: Ásgeir Music

Obejrzałam teledysk do Julii i wcale się nie zdziwię, jak pod wpływem piosenki i uroku tej nieziemskiej krainy za chwilę na podbój Islandii ruszy pół świata. Atmosfera płyty zrobiła na mnie duże wrażenie, szczególnie utwory Ferris Wheel, Against The Current i mój ulubiony Sugar Clouds :)
OdpowiedzUsuńmam tylko cichą nadzieję, że pomarańczowy szkodnik Islandii sobie nie upatrzy
OdpowiedzUsuńBez obaw. Wyspy strzegą krasnale Huldufólk a pomarańczowy szkodnik nawet nie wie, gdzie Islandia się znajduje :)
Usuń