Radość z odkrywania muzyki ma w sobie coś z odnajdywania miejsc, które z niewyjaśnionych przyczyn były dla nas niewidoczne. Nie jest to satysfakcja kolekcjonera odhaczającego kolejne pozycje. To bardziej subtelne uczucie, nagłe poszerzenie świata. Utwór sprzed kilku lat potrafi wybrzmieć tak, jakby został napisany wczoraj – dla nas, w konkretnym momencie życia. Jest w tym odkrywaniu szczególny paradoks, bo największa radość rodzi się często z poczucia spóźnienia. Oto trafiamy na album, o którego istnieniu wszyscy wiedzieli, tylko nie my; lub na artystę, którego kariera dobiegła końca, zanim zdążyliśmy w ogóle usłyszeć jego nazwisko. Z pozoru to powód do małej frustracji, jednak szybko pojawia się uczucie ulgi: niczego nie trzeba gonić, niczego udowadniać i dalej szukać muzyki kierując się własną intuicją. Takie nagłe olśnienia uczą pokory wobec własnych nawyków. Pokazują, jak wiele tracimy, gdy słuchamy wyłącznie tego, co już zostało nazwane ważnym.
Wydany dwa lata temu album Melón Jiménez & Lara Wong – Confluencias [2024] zgrabnie łączy dwa światy i pozwala im trwać we wspólnocie – tam, gdzie języki przestają być obce i zaczynają brzmieć jak różne dialekty tej samej wrażliwości. Flamenco nie jest tu dekoracją ani pieczęcią autentyczności, a indyjska tradycja nie odgrywa roli egzotycznej przyprawy. To raczej dwie pamięci melodii, dwie szkoły oddechu, dwie dyscypliny ekspresji wchodzące w relację tak ścisłą, że onieśmieleni przestajemy pytać, skąd pochodzą. Ważniejsze staje się pytanie, dokąd nas zaprowadzą.
Już sam ton płyty zdradza audiofilską kulturę realizacji: brzmienie nagrań jest precyzyjne, klarowne, nasycone, a jednocześnie lekkie, jakby muzycy celowo zostawili eter między dźwiękami. Gitara Jiméneza niesie w sobie szlachetność twardego drewna i ciepło rozgrzanej ziemi; jej atak jest wyraźny, ale pozbawiony agresji, a palcowanie precyzyjne – z flamencową zdolnością do energicznego rzeźbienia tematu. Flet Wong unosi się nad tym krajobrazem jak drugi żywioł: raz ulotny, srebrzysty, prawie księżycowy, innym razem, gęsty od detali i ornamentu. Z kolei cień indyjskiej tradycji słychać nie w cytatach, lecz w logice prowadzenia rytmu: w cierpliwym rozwijaniu motywów, w zdolności do hipnotycznej powtarzalności, która nie nuży, bo bezustannie różnicuje napięcie i akcenty.
Sercem Confluencias jest utwór tytułowy i De Sevilla a Kerala – dwa odcinki drogi sprawiające wrażenie, jakby geografia była tu metaforą dla metody kompozytorskiej: nie "odtąd dotąd", lecz "przez", "pomiędzy", "na styku". W tych kompozycjach słychać szczególnie wyraźnie, że materiał dźwiękowy i brzmienie nie są budowane z dosłownych zapożyczeń. Wyczuwamy, że artyści nie tylko grają, ale modelują czas: potrafią go rozciągać, ścieśniać, a przede wszystkim budować dramaturgię w sposób organiczny, bez efekciarskich fajerwerków. Ich wirtuozeria ma twardą krawędź, lecz nie jest popisem; służy temu, by muzyka niosła gęstość znaczeń, w których Indie i Andaluzja spotykają się jako obrazy dźwiękowe, a nie barwne fotografie.
Rytm w tych utworach żyje pod skórą. Czasem jest niemal taneczny – ale pozostaje w oddalonej perspektywie: jakby widziany zza zasłony, słyszany z ulicy, zanim dyskretnie przekroczy próg. Słuchacz czuje impuls ruchu, lecz nie otrzymuje prostego polecenia – tańcz teraz; dostaje opowieść o emocjach, napięciu mięśni, o przyspieszonym oddechu. Ta subtelna różnica sprawia, że album działa w równym stopniu na ciało i wyobraźnię. Finał płyty Farruca Opus 1 spina album życzliwą klamrą. Flet i gitara tworzą angażującą melodię mającą w sobie coś radosnego, a zarazem uroczystego. Instrumenty brzmią jak ostatnie zdanie wypowiedziane po serdecznej rozmowie między kulturami i wszystkimi warstwami słuchania.
Scatcat Music, 2024
Foto: materiały prasowe wytwórni

Co za gorące otwarcie mroźnego zimowego poranka, a teledysk do "Confluencias" przecudny!
OdpowiedzUsuńDoskonale pamiętam zdanie, jakie kilka lat temu napisałeś na łamach bloga o tym, że muzyka w zamian za zainteresowanie potrafi się pięknie odwdzięczyć. To chyba ten moment.
OdpowiedzUsuńI właśnie za to szanuję Bandcamp. Płyty można posłuchać, ale też zakupić cały album wspierając twórczość artystów, co właśnie uczyniłem z wielką przyjemnością.
OdpowiedzUsuń"Takie nagłe olśnienia uczą pokory wobec własnych nawyków. Pokazują, jak wiele tracimy, gdy słuchamy wyłącznie tego, co już zostało nazwane ważnym".
OdpowiedzUsuńWarto tę myśl zapamiętać.
Przy tak sugestywnej muzyce duetu nawet kubek kawy pachnie i smakuje jakoś intensywniej!
OdpowiedzUsuń......... no właśnie, biegnę do kuchni i słuchamy dalej :)
Usuń