Hen Ogledd albumem Discombobulated [2026] trafia w czuły punkt brytyjskiej codzienności, gdy rzeczy zdawałoby się oczywiste, nagle przestają do siebie pasować, a logika dnia codziennego popada w chaos. Tytuł płyty przypomina trafne określenie chwilowego zamieszania. W praktyce album rozwija tę obietnicę nadzwyczaj konsekwentnie, ale zamiast wieścić katastrofę, stanowczo buduje świadomość, że coś się już wydarzyło, tylko nikt nie potrafi tego nazwać.
Hen Ogledd od początku działa bardziej jak kolektyw niż modelowy zespół. Zderzenie skrajnie różnych wrażliwości Richarda Dawsona, Dawn Bothwell, Rhodriego Daviesa i Sally Pilkington nie prowadzi do wspólnego mianownika, bardziej do policentrycznej narracji, gdzie każdy głos zachowuje odrębny dialekt i stylistyczne skrzywienie. Nawet nazwa grupy zaczerpnięta z walijskiego określenia Starej Północy niesie w sobie obraz mozaiki królestw, którym daleko do monolitu. To rozdrobnienie słychać od pierwszych minut. Album nie wybiera jednej estetyki, tylko prowadzi słuchacza przez psychodelię, krautrockowy puls, folkowe skojarzenia, jazzowe zawołania, prog-rockowe eksperymenty, nie dbając przy tym o komfort gładkich przejść.
Discombobulated przypomina odlotową wędrówkę po starym lesie. Z jednej strony kamienne kręgi i ślady obrzędów, z drugiej zardzewiała lodówka porzucona na skraju polany. Okładkowa feeria barw ma swój odpowiednik w aranżacjach: szum taśmy, trzaski codzienności, trąbka sąsiadująca z syntetycznym alarmem, dziecięce głosy z nagrań terenowych, migotliwe dzwonki z nerwowymi wtrętami saksofonu. Chaotyczny miks dźwięków nie jest przypadkowy, to kontrolowana estetyka rozproszenia podana ręką wrażliwego dramaturga. Kluczową rolę w nagraniach odgrywa umowna wspólnotowość, zarówno w samym sposobie pracy, jak i w doborze barw. Album składany na rozciągniętej osi czasu pomiędzy Anglią a Walią nabrał kształtu dopiero po wejściu w tryb intensywnej pracy wymuszonej energią perkusisty Willa Guthriego. Ten proces zostawił ślad – nie ma tu zaplanowanych sesji. Brzmienie wydaje się odsłonięte, z mniejszym dystansem emocjonalnym a większą zgodą na bałagan, pęknięcia czy drobne niedopowiedzenia.
Płytę otwiera Nell’s Prologue mapowaniem świata przez dźwięk, zanim pojawią się cięższe tematy. Dziecięcy głos działa jak portal. Ustawia perspektywę nieufną wobec oficjalnych narracji, a jednocześnie czułą, domową i bliską. Ten zabieg powraca w wielu miejscach: dzieci, zwierzęta, szmery otoczenia nie pełnią funkcji dekoracji, lecz bezpiecznego fundamentu. Dzięki temu nawet najbardziej osobliwe fragmenty niosą poczucie zamieszkania. Wspólnym mianownikiem całego wydawnictwa jest społeczny nerw warstwy lirycznej. Hen Ogledd potrafi uderzyć w polityczną nutę bez moralizatorskiego zadęcia. Scales will fall osadza rapowane, protestacyjne wersy na tle nerwowych trąbek, budując pomost pomiędzy średniowiecznym brzmieniem a współczesnym gniewem. Hasła o dzieciakach burzących korporacyjny mur brzmią tu jak zapis ulicznego pulsu energii zbiorowej. Dead in a post-truth world idzie krok dalej w stronę uwodzicielskiej dezorientacji. Miękki, pędzący rytm o krautrockowym rodowodzie, dziecięce wstawki i lekko funkowy groove tworzą środowisko niemal taneczne. Dopiero z czasem wkrada się gorzki obraz telewizyjnego klauna, czerwonych twarzy i palców wskazujących winnych. Język walijski działa tu jak filtr, dystansuje, a zarazem wzmacnia, przenosząc ciężar znaczeń na melodię słów i gniewny rytm recytacji. Kiedy wchodzą spiętrzone partie saksofonu, urok nagrania znika, jeszcze bardziej potęgując odczucie niepokoju.
Najważniejszym fragmentem płyty pozostaje rozległa medytacja Clear pools. Kompozycja startuje w perkusyjnym klaustrofobicznym przeciążeniu, po czym stopniowo uwalnia przestrzeń, wpuszcza powietrze, pozwala frazom miękko przechodzić jedna w drugą. Słychać inspirację spiritual jazzem jako praktyką oczyszczania, powolnego wyprowadzania z fizycznego zamętu. Wokal Pilkington pozostaje kruchy, niepewny, jakby zdziwiony nagłym przejaśnieniem. Zakończenie urywa się nagle, jak myśl przerwana przez życie, w którym spokój okazuje się pojedynczym epizodem. W finale Land of the dead walijski tekst staje się rytuałem. Bezpośredni zwrot do słuchacza: oni, czyli ty, otwiera halucynacyjny marsz przez lasy i zdradliwy grunt. Folkowy horror miesza się z gorączkowym snem, a napięcie kołysze między groźbą a osobliwą czułością. Gdy fortepian zostawia niedomknięty akord, sens przestaje być najważniejszy. Zostaje atmosfera zawieszenia, prowizoryczny stan rzeczy, zatrzymany kadr.
Discombobulated działa więc na dwóch poziomach. Na wierzchu oferuje kalejdoskop barw i pomysłów, pod spodem prowadzi konsekwentną opowieść o społeczeństwie zniewolonym przez medialne fatamorgany, polityczną gorączkę i codzienną psychozę informacyjną. Jednak najcenniejsze pozostaje to, że zawartość płyty nie ucieka w cynizm. Hen Ogledd mimo stylistycznego zamieszania błyskotliwie przypominają o kreatywnym rodzaju dziwności, o ludzkiej wyobraźni, o wspólnocie i sztuce jako sposobie na orientację w coraz bardziej rozedrganym świecie.
Domino, 2026
Foto: Rosie Morris

o dziwo, tej osobliwej mieszanki stylistyk wyjątkowo dobrze mi się słucha
OdpowiedzUsuń