Przejdź do głównej zawartości

Po sennym koszmarze nic nie wygląda tak samo


Brytyjski twórca Jacob Allen działający jako Puma Blue wykonuje ruch dość ryzykowny – bierze zestaw znaków rozpoznawczych swojego brzmienia i przestawia je w stronę tarcia. Na płycie Croak Dream [2026] nie chodzi o prostą zmianę klimatu ani modę na nostalgicznie brzmiące sample. To album o stanie emocjonalnym, w którego centrum tkwi obsesyjne pytanie o naturę więzi, o cenę zaufania, o to, co pozostaje w pamięci, gdy senna mara o śmierci dobiegnie końca. Odpowiedź nie pada wprost, choć narracja całego materiału jest zadziwiająco spójna jak na artystę skłonnego do eksploracji mglistych sygnatur tym razem zorganizowanych wokół nisko pulsujących, mrocznych krajobrazów. 

Od strony stylistycznej Croak Dream zanurza się w trip-hopie, puszcza oko w stronę jungle, korzysta z sennej poświaty lo-fi, po czym nasyca te ramy elementami niepokoju. Allen od dawna łączy przydymione R&B z gitarą dotykającą natchnionych nut, ale tym razem produkcja ma w sobie więcej napięcia. Mięsisty rytm perkusji zawłaszcza niemal całą przestrzeń, innym razem przypomina uderzenia odbijające się od mokrych ścian. Wrażenie jest takie, jakby muzyka miała stale powodować zwarcie. 

Utwór tytułowy działa jak kotwica dla całego albumu – początkowo wabi obietnicą bezpieczeństwa, po czym wszystko rozrywa finałem pełnym nieuporządkowanej energii. Ta gwałtowność ma sens tematyczny. Wątek snu o śmierci, a w nim przeczucie własnego końca podsuwa pytanie: co dzieje się z pamięcią, gdy jest ostatnim przebłyskiem świadomości? Croak Dream nie moralizuje, nie roztrząsa tematu, ale też nie wraca do atmosfery z początku nagrania. Z kolei Desire wprowadza napięcie poprzez kontrast: z jednej strony czułość i cielesna bliskość, z drugiej narastająca nerwowość aranżacji. Ten utwór imponuje nie tylko melodią, lecz także decyzją o większej dosłowności. Allen dopuszcza tu do głosu tęsknotę i fizyczny wątek bliskości. Hush idzie jeszcze dalej w stronę metafizycznej kontemplacji. To utwór, w ramach którego muzyk operuje ciszą jak skalpelem. Wokal jest blisko słuchacza, jednocześnie pod spodem pulsuje cielesny chłód. W warstwie lirycznej pojawia się temat zaufania i korozji pamięci, a całość brzmi jak rozmowa prowadzona w trybie powolnego wyświetlania życiowych doświadczeń. Tę kompozycję można uznać za emocjonalne jądro płyty – najmniej efektowne, a jednocześnie najbardziej angażujące odbiorcę.
 

Na poziomie konstrukcji album imponuje płynnością. Jedenaście utworów przechodzi między nastrojami bez przypadkowych skoków, jakby każdy element aranżacyjny miał swoje zadanie. Tam, gdzie Allen zbliża się do bardziej żywych utworów, pojawia się sprężysta energia kojarząca się z alternatywnym popem o wyraźnym rytmicznym kręgosłupie. W takich momentach melodia rozjaśnia obraz, lecz nie rozprasza mroku. Z kolei fragmenty mocniej przetworzone reprezentowane przez nagrania Mister Lost czy Jaded, eksponują studyjny warsztat zdominowany filtracją, zaginaniem barw, czy efektami sprawiającymi wrażenie natarczywej obecności. W spokojniejszych fragmentach takich jak: Fool i Silently Allen wraca do tego, co zawsze robił najlepiej: do melancholii opartej na drobnych przesunięciach akordów, na gitarowych smugach i kruchym wokalu zawieszonym między śpiewem a deklamacją. Te utwory pełnią funkcję oddechu, ale nie są interludiami. Muzyk w takich chwilach najlepiej pokazuje kunszt aranżacyjny: cisza nie jest tu przerwą w narracji, tylko kolejnym akapitem budującym napięcie.

Osobny rozdział stanowią wyraźne nawiązania do R&B w utworach Cocoons oraz Heaven Above, Hell Below. W tych kompozycjach Allen sięga po soulową estetykę: miękkie linie wokalne, pulsujący groove, sensualność pozbawiona cukru. Nawet gdy rytm sugeruje kołysanie, pod spodem wciąż buzuje niepokój, bo Croak Dream nie jest płytą o "ładnym smutku". Ten smutek ma masę i długi cień. Artysta przywołuje tu obraz naelektryzowanego kota. Metafora brzmi żartobliwie, ale trafia w sedno: album porusza się jak ostrożny drapieżnik gotów nagle wyskoczyć z ciemności. Brzmienie ma futrzastą miękkość, po czym następuje iskra, trzask, zakłócenie. Ta naelektryzowana logika wpływa na odbiór całości: słuchacz zyskuje wrażenie, że album toleruje bliskość, ale nie obiecuje bezpieczeństwa. Jacob Allen zdaje się zrzucać ciężar oczekiwań i wybiera instynkt, nawet jeśli prowadzi w stronę dziwności. Efekt jego pracy brzmi jak artystyczny przełom bez manifestu. Croak Dream niczego nie udaje. Nie wszystkim spodoba się ten wybór, ale trudno odmówić mu kreatywnie poprowadzonych wątków i trzymającej poziom realizacji.



Play It Again Sam, 2026
Foto: Olivia Hamilton

Komentarze

  1. Fajny zbiór jedenastu mglistych, klimatycznych piosenek ze zwracającym uwagę zmysłowym wokalem. Wybór artystyczny w tym przypadku wskazuje na sprawdzony trip hop i nawet jeśli ten projekt nie otwiera nowych możliwości, imponuje mi atmosferą i wykonaniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. < kantor wymiany >08 marca

    Trochę szkoda, że Allen tak bezceremonialnie umieścił ten album w brzmieniowym schemacie Massive Attack. Wolę jednak klimat poprzedniej płyty "Holy Waters", na której fascynacja trip-hopem również była wyczuwalna, ale każdy utwór zawierał fragmenty mogące przeniknąć duszę przebłyskami ciepła, że przypomnę utwory "Hounds" i "Light Is Gone". Tutaj mi tego zabrakło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bartek Sikora10 marca

    Ale trzeba przyznać, że czarować dźwiękami Puma Blue potrafi w każdej konfiguracji

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz