Rozpad Black Midi okazał się twórczym mnożnikiem. Każdy z byłych członków zabrał ze sobą fragment DNA oryginalnej grupy – eklektyzm, gęstość brzmienia, nieprzewidywalność. Cameron Picton potrzebował jednak więcej czasu niż Geordie Greep, by osiągnąć podobny rezultat. Teraz nowy zespół i debiutancki album Camerona Pictona – My New Band Believe [2026] stał się naturalnym centrum uwagi w tej rywalizacji.
Picton postawił sobie dwa cele: żadnych instrumentów elektrycznych i żadnych odniesień do Black Midi, ale obie zasady łamie już w pierwszych sekundach trwania płyty. Ta niesubordynacja dobrze oddaje charakter całego projektu – pękającego od ambicji, wymykającego się definicjom, balansującego między folkiem a progresywnym rockiem, między uporządkowaną strukturą a chaotyczną improwizacją. To debiut błyskotliwy, ale mający też swoje wady.
Otwierający album Target Practice łagodnym gestem wprowadza słuchacza w świat Pictona. Kiedy smyczki trafiają na wypaczoną nutę – teatralny spokój nagle znika. Ta strategia powtarza się przez całą płytę. In the Blink of an Eye buduje lżejszy motyw, by chwilę potem zdominować utwór zgrzytliwym instrumentalnym nadmiarem. Problem w tym, że dzisiaj taka kakofonia stała się przewidywalna. Podczas gdy art rock przeżywa rozkwit, a formy alternatywne zasilają mainstream, Picton musi ciężej pracować, by się wyróżnić i robi to, poprzez rezygnację z oczywistych rozwiązań: unika elementów wykańczających, zatrzymuje utwory w pół kroku i przeskakuje między gatunkami, zanim słuchacz zdąży się zorientować. Opposite Teacher z jego obiecującym, gitarowym akompaniamentem ilustruje tę metodę najlepiej – utwór mogący nakreślić szerszy cel, umyślnie się przed tym powstrzymuje. To odważna, choć frustrująca decyzja omijająca naturę folku. Picton tworzy muzykę, która konsekwentnie odbija w nieoczekiwanych kierunkach. Ta filozofia ma swoje konsekwencje. Sekcje smyczkowe albo narastają, albo znikają w utworze. Niektóre odważne momenty wydają się oderwane od całości. Pomysł o wygaszaniu nagrań w pół kroku wraca do Pictona jak bumerang. Ta osobliwa fascynacja łatwo może przerodzić się w irytację. My New Band Believe to cudna planeta do odkrycia, ale jej eksploracja momentami bywa wyczerpująca.
Niespełna dziewięciominutowy Heart of Darkness stanowi szczytowy moment projektu. Kompozycja oparta na gitarze folkowej odmienia style gry na tym instrumencie przez wszystkie przypadki, od czysto hiszpańskich skojarzeń do atmosfery wczesnego Genesis i progresywnych eksperymentów w końcowej części nagrania. Utwór przypomina odurzające doświadczenie zbudowane na subtelnościach odkrywanych warstwami. W innym miejscu stonowane pianino, orkiestrowe wtrącenia, skrzypce i klarnet basowy stanowią fundament dla Love Story – ballady miłosnej złożonej z obrazków wyjętych z życia: wspólnie przygotowywanych posiłków, spacerów, słuchania ulubionych piosenek. Maksymalizm aranżacyjny unika tu przerostu formy. Z kolei Target Practice i Numerology przywołują partie gitarowe Electric Light Orchestra przepisane na smyczki. Pearls zaskakuje mrocznym klimatem. Actress wykorzystuje tyle pomysłów, że przypomina rozbudowaną uwerturę, a finałowy One Night spina całość folkową klamrą. I to wystarcza.
My New Band Believe to płyta pewna siebie, miejscami połyskująca jak diament, ale też nierówna.
Picton ma szalenie ciekawy głos i talent do subtelnej reinterpretacji oczywistych fraz. Jego muzyka jest piękna w niedokładny sposób – chodzi o odczucia i możliwości. Trudno jeszcze wydedukować, co oznacza obcowanie z utworami zajmującymi całe wszechświaty, choć po kilku odsłuchach staje się jasne, że My New Band Believe nie da się zamknąć jak przeczytanej książki. Cameron Picton wyczarował zaskakujący debiut z widokiem na szczyt i jest szansa, że tam właśnie dotrze.
Rough Trade, 2026
Foto: Jack Shep, Anysia Kim


Gorączkowy sen, muzeum marzeń, pragnień i wpływów Camerona napędzany instrumentalnym ADHD z bardzo ciekawymi partiami sekcji smyczkowej w roli głównej.
OdpowiedzUsuńTo dosyć zabawne. Gdy muzycy zespołu ciągle wyrzucają z siebie pomysły, Cameron mówi: "O tak, to będzie świetne!", a potem ani razu nie próbuje sprawić, żeby te dźwięki poskładać ze sobą w sensowną całość. Trochę szkoda, bo muzycznie wartościowych fragmentów tu nie brakuje, ale spora ich część została zmarnowana. W kilku miejscach pojawiają się przebłyski światła. To dzięki nim trwam przy tej płycie od ubiegłego piątku.
OdpowiedzUsuńna szczęście to tylko 36 minut
OdpowiedzUsuńNa My New Band Believe słychać wzloty i upadki, które importują te same problemy, jakie generował Black Midi. Mój respekt budzi sposób wykorzystania szeregu klasycznych instrumentów, w tym gitary, ale też dziwi wzmożony szum medialny wokół tych dość przeciętnych kawałków.
OdpowiedzUsuń