Przejdź do głównej zawartości

Zrzuć winę na klauna


Twisted Teens wyrasta z miejsca o własnym pulsie i wyrazistym języku. Słychać w nim Nowy Orlean, choć nie w formie grającej pocztówki, a w wersji szorstkiej, przybrudzonej, nasiąkniętej dźwiękiem ulicznych parad sąsiadujących z hałasem garażowych wzmacniaczy. Zespół nie próbuje odtwarzać lokalnego folkloru ani składać grzecznego hołdu lokalnej tradycji. Biorą z niej nerw, zadziorność i poczucie ciągłego ruchu, po czym wrzucają te atrybuty w sam środek rockowego ogniska. Efekt ma w sobie coś z rozedrganej hybrydy garażowego country-rocka, surowego punku i nowoorleańskiej melancholii przepuszczonej przez pudło stalowej gitary.

Na płycie Twisted Teens Blame the Clown [2026] najciekawsze pozostaje napięcie między dwoma biegunami. Z jednej strony słychać kanciastą energię opartą na powtórzeniach, chropowatości i rytmicznym naporze, z drugiej pojawia się pedal steel RJ Santosa – instrument zwykle kojarzony z liryzmem, przestrzenią i nostalgicznym oddechem, a wszystko razem idealnie zespolone z szorstkim, niedbałym wokalem Caspiana Hollywella. Jednak nie ma tu mowy o klasycznie rozumianej melodyjności czy wygładzonej ekspresji. Steel wbija się w środek kompozycji, podnosi temperaturę, czasem wręcz rozrywa prosty szkielet utworu, co przypomina stan ciągłego zwarcia. Punk ściera się tu z country bez próby pogodzenia stron, a konfrontacyjne tarcie staje się paliwem dla wszystkich jedenastu utworów. 

Otwierające płytę nagranie Is It Real?, ilustruje, jak duet zręcznie operuje prostymi środkami wyrazu. Utwór zbudowany na niemal ascetycznym fundamencie, pod powierzchnią pracuje na gęstej siatce drobnych napięć. Akordy brzmią jak ciosy zadawane zaciśniętą pięścią, a po nich przychodzą płaczliwe ślizgi Santosa zmieniające charakter utworu. Wild Connection rozwija ten język jeszcze odważniej. Gitara stalowa podkreśla wokalną gorączkę, jakby urok melodii i roztrzęsiony jazgot były dwiema stronami tego samego impulsu. To muzyka nerwowa, ale nie chaotyczna; rozedrgana, ale nigdy przypadkowa. 


W centrum płyty znajduje się Little Seed, jeden z najciekawszych numerów w całym zestawie. Twisted Teens pokazują tam, że potrafią budować napięcie nie tylko poprzez krzykliwy atak, ale także przez zmysłowość brzmienia. Melodia wydaje się rozżarzona od środka, gitary unoszą się na lekkim podbiciu, a gitara stalowa zamienia chromatyczne przejścia w coś niemal kaligraficznego. W podobnym rejestrze działa utwór Hurricane szerzej rozpinający psychodeliczny potencjał duetu. Gitarowe tło gęstnieje, a piosenka zaczyna przypominać transowy wir, w którym punkowa bezpośredniość spotyka się z halucynacyjną aurą.

Jedną z największych zalet Blame the Clown pozostaje produkcyjna dbałość o detal. To płyta hałaśliwa, lecz nie po omacku. W utworze 100 Bill is Gone riff został celowo przepalony – niemal rozsadza głośniki, ale ten zabieg nie jest efektem niedbalstwa, tylko świadomej decyzji. W chwytliwym nagraniu Not Real pojawia się drobny dźwiękowy żart sprytnie osadzony w strukturze utworu. Z kolei I Operate przewodzi napięcie niemal fizyczne, jakby instrumenty pracowały na granicy zasilania i miały za chwilę eksplodować. Ta kontrolowana chwiejność nadaje płycie charakter żywego organizmu. Nic tu nie jest sterylne, ale też nic nie sprawia wrażenia wrzuconego bez namysłu. 

Utwór tytułowy zaczynający się jak klasyczny oldschoolowy punk, ale z czasem staje się zadziornym, niemal karykaturalnym widowiskiem. Twisted Teens nie boi się przesady czy grania na krawędzi. Nawet w wolniejszych fragmentach Peekaboo Hand i White Hot Coal nadal słychać sceniczną brawurę, tę samą szorstkość, ten sam żar schowany wewnątrz piosenek. Duet potrafi budować chwytliwe melodie, a zarazem unika powtarzalności. Nawet tekstowy ekscentryzm balansujący wokół obrazów cielesnych, groteskowych, nieco obleśnych, służy określonej wizji. Ta płyta nie szuka elegancji. Woli lepkość, chropowatość, przesadzony gest, twarz oświetloną zbyt ostrym światłem. 

Taki wybór estetyczny niesie ryzyko, ale w szerszej perspektywie Blame the Clown jawi się jako album wyjątkowo dojrzały. Twisted Teens brzmią tak, jakby od dawna wiedzieli, czym ma być ich muzyka, zostawiając w niej miejsce na brawurę, przypadek, niedociągnięcie czy nagły zgrzyt. To bardzo rzadka kombinacja. W świecie gitarowego grania łatwo dzisiaj o zręczną stylizację, cytat, rekonstrukcję dawnych schematów. Tu nie ma śladu naśladownictwa. Jest osobliwy język zlepiony z błotnistych trzęsawisk Luizjany, punkowej bezczelności, country’owego lamentu i psychodelicznej mgły.



Twisted Teens, Jazz Life 2026
Foto: Freepik

Komentarze