Przejdź do głównej zawartości

Inferno


Od kiedy szkocki duet Boards of Canada pojawił się na scenie, działał jak zniekształcony układ optyczny rzucający światło poza perspektywę ich rówieśników. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych wszyscy pędzili w stronę futurystycznych brzmień w stylu Autechre czy Aphex Twin, bracia Michael i Marcus Eoin Sandisonowie wybrali inną drogę, tworząc dźwięki będące czymś w rodzaju wykrzywionego, mgławicowego snu. W muzyce duetu każdy szmer pozostaje śladem analogowego zużycia, a każda faktura przypomina chwiejny krok w nie do końca odtworzone wspomnienia, w których marzenia senne mieszają się z żywą materią. Wydany po latach milczenia album Boards of CanadaInferno [2026] kontynuuje tę stylistykę, ale podkręca jej napięcie, prowadząc słuchacza ku przestrzeniom gęstszym, bardziej grawitacyjnym, obciążonym kaskadami dźwiękowych metafor.

Tytuł płyty uruchamia natychmiastowy trop literacki. Dantejskie piekło z jego kręgami staje się matrycą, przez którą duet ogląda historię ludzkości. Wraz z mijającymi dekadami kolejne poziomy nieprawości zyskują na głębi, układając się w zapis własnego mitu o karze. Tak ustawiona narracja nie przyjmuje formy jednoznacznej opowieści. Inferno działa raczej jak kosmogonia, w której człowiek nieustannie tworzy własne piekło z tych samych narzędzi, które mają służyć wyjaśnianiu świata. Album stawia więc pytanie o sens, wiążąc go z rytmem, brzmieniem i powracającą sugestią, że wszystko zaczyna się w głowie.

Rdzeń Inferno tworzą dwie siły. Po jednej stronie stoi religia oraz różne systemy wierzeń, po drugiej nauki ścisłe, eksperyment i język pomiaru. Boards of Canada nie prowadzą tu rozstrzygnięcia na zasadzie wyboru. W centrum pozostaje strefa splatania – obszar, gdzie pojęcia z różnych porządków spotykają się, zderzają i tworzą nową jakość. Kontrast między tymi światami staje się jedną z głównych właściwości albumu. Duchowe uniesienia i twarda logika zaczynają brzmieć jak dwa instrumenty grające w tej samej tonacji, a całość zyskuje autonomię, która nie potrzebuje zewnętrznych dopowiedzeń. Najważniejsze staje się doświadczenie: słuchacz trafia do obszaru, w którym spór traci pierwotne znaczenie, a staje się sposobem patrzenia na zaktualizowaną rzeczywistość. 

Pierwszy singiel Age of Capricorn dostarcza znaków kierunkowych, oferując przestrzeń całkowicie pozbawioną beatowej pulsacji. W tym braku pojawia się szczególna sugestia rytuału, atmosfera dojrzewania w ciszy, w której zmycie win działa jak proces oczyszczający przechodzący przez warstwy wspomnień. Naraka staje się jednym z najbardziej uderzających filarów płyty. Budulec utworu opiera się na intensywności otoczenia dźwiękowego oraz na hinduistycznych samplach recytacji nadających całości wagę kulturową. Tytuł prowadzi wprost do hinduistycznego ekwiwalentu piekła, więc słuchacz otrzymuje nie tylko estetykę, lecz również nazwę obszaru. Mantry wchodzą w warstwy elektroniki jak element dawnego ceremoniału, który w nowoczesnej stylistyce odzyskują pierwotne znaczenie. 

Prophecy at 1420 MHz łączy duchowość i naukę w kosmicznym przeplocie. Sample zawierają deklarację tożsamości Boga, finalnego rezonansu ducha, duszy i psychiki. Wrażenie jest podwójne. Z jednej strony pojawia się majestat kosmosu wyrażony liczbą, częstotliwością, technicznym oznaczeniem. Z drugiej strony ten sam parametr funkcjonuje jak mantra, powtarzalny sygnał prowadzący ku doświadczeniu duchowemu. Z kolei Father and Son stanowi jeden z największych popisów albumu. Duet łączy tu hip-hopową energię, z fragmentarycznym rytmem i mozaiką zniekształconych słów przetworzonych tak, by głos ojca wybrzmiewał, jak błaganie do ucieczki syna z sekty Children of God i powrotu do domu. Znajomość archiwalnego źródła wykorzystanego materiału potęguje siłę nagrania trzymającego słuchacza w uścisku osobliwej dramaturgi, z której zostaje wymazane imię Jezusa. 

Pośród kompozycji znajdują się także momenty bardziej pastoralne. Memory Death zawiera w sobie sielankowy ton, jakby dźwięk odpoczywał, rozkładał ciężar i szukał łagodnej tonacji, przygotowując słuchacza do kolejnych zmian. Somewhere Right Now in the Future przynosi wytchnienie po ostrzejszych początkowych fragmentach. Utwór oferuje spokój, który działa jak krótki powrót do równowagi po serii silnych bodźców. W innym miejscu Deep Time intensyfikuje trajektorię emocjonalną, prowadząc w stronę bardziej dramatycznego przedstawienia. W odbiorze pojawia się skojarzenie z partyturą Angelo Badalamentiego do Twin Peaks i wrażenie napięcia, w którym każda nuta niesie własną tajemnicę. Album finalizuje I Saw Through Platonia i brzmi jak drżący początek świadomości, jak uczucie bycia zlokalizowanym bez wiedzy gdzie dokładnie się jest, jakbyśmy jeszcze się nie narodzili. W powoli zapadającym się dźwięku wszystko, co słyszymy, to bicie własnego serca. Tak więc album rozpoczyna się ufną transmisją w nieznaną przestrzeń, a kończy się wewnątrz Wszechświata skrywającego odpowiedzi na wszystkie pytania.

W efekcie Inferno daje coś więcej niż zestaw osiemnastu utworów. To rozległa ceremonia, w której mrok, marzenia, numeryczna logika kosmicznych przestworzy, ludzka ułomność i religijne okruchy otrzymują właściwe miejsce. Dantejskie schodzenie do cywilizacyjnego piekła nie zostaje zredukowane do kulturowej dekoracji. Staje się zaktualizowanym doświadczeniem brzmieniowym: naglącą warstwą, która potrafi zniewolić dramaturgią, obciążyć wieloznacznym sensem i pozostawić w głowie długie echo.



Warp Records, 2026
Foto: Youtube screenshot

Komentarze

  1. STRADIVARIUS14 czerwca

    Wiele zespołów wraca po latach ciszy, brzmiąc jak duchy własnej przeszłości, ale niewiele zostawia tak gorzki posmak jak Boards of Canada, który zawsze kręcił się wokół surrealistycznych obrazów nieodgadnionej przeszłości i poszatkowanych tropów, które po niej zostały. Ich najlepsze utwory to listy miłosne do teraźniejszości, widziane drobinami pamięci nasyconej optymizmem. Myślę, że Inferno zasłużyło na swój tytuł, bo sam zespół znalazł się w piekielnej sytuacji. Kilkanaście lat później szkocki duet nie potrafi już tak zgrabnie wyrazić emocji. Zamiast tego pojawia się coś w rodzaju zapisu zniekształconej pamięci samych Boards of Canada ukształtowanych przez echa kilku najważniejszych płyt, co najlepiej oddaje druga połowa bardziej ambientowych nagrań. Ich próby uwspółcześnienia brzmienia potraktowana dość karkołomnym rytmem i elementami hip-hopu uważam za zupełnie nietrafione, podobnie jak mglisty przekaz słów, trochę na siłę próbujących zmierzyć się z cywilizacyjnymi problemami współczesnego świata, udając, że czują, widzą, a jednocześnie są gdzieś obok. Wszystko to razem sprawia, że dość szybko straciłem album z pola słyszenia, wyczuwając w nim nutę pozerstwa i chęć przypodobania się nowemu pokoleniu słuchaczy. Ale trzeba przyznać, że rozciągniętą w czasie, pełną tajemnic promocję albumu przeprowadzili mistrzowsko i tyle wystarczyło, żeby skutecznie podkręcić medialną histerię wokół tej dość przeciętnej płyty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudno, żeby BoC wciąż bazowali na onirycznie brzmiących motywach z cudnie sielankowych czasów, które jak się zdaje bezpowrotnie zakończyły swój bieg. Na przełomie ostatnich dwóch dekad świat przestał być tak przyjazny, co zresztą BoC zasygnalizował już na przedostatniej płycie. W międzyczasie zgotowaliśmy sobie cywilizacyjne piekło, które teraz odczuwamy niemal każdego dnia. I o tym właśnie jest "Inferno", na którym obok spojrzenia na rzeczywistość wyrażoną serią transparentnych brzmieniowych metafor, wciąż tli się promyk nadziei dobrze słyszalny w drugiej części płyty. Moim zdaniem album zachowuje idealną równowagę i wszystkie cechy kodu pamięci BoC, stając się w tym roku jedną z najmocniejszych i najbardziej szczerych wypowiedzi, trafiających do coraz szerszego grona przebudzonych odbiorców.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz