Przejdź do głównej zawartości

Marysia ze złomowiska


Debiutanckie albumy często pełnią funkcję wizytówki. Pokazują kierunek, zdradzają fascynacje i pozwalają ocenić potencjał zespołu. Role Model Hermit [2026], pierwsza długogrająca płyta londyńskiego tria mary in the junkyard robi jednak coś więcej. To album sprawiający wrażenie dzieła stworzonego przez dobrze wykształconych muzyków, którzy już na starcie wiedzą, jakim językiem chcą się posługiwać. Zespół nie próbuje za wszelką cenę wpisywać się w aktualne trendy brytyjskiej alternatywy. Zamiast tego, buduje własny świat oparty na napięciu, barwie i nieoczywistych rozwiązaniach aranżacyjnych.

Muzyka mary in the junkyard wyrasta z kilku tradycji jednocześnie. Słychać tu echa post-punku, indie rocka, folku i art rocka, a także wyraźne zainteresowanie muzyką kameralną. Nie chodzi jednak o prostą sumę wpływów. Zespół traktuje wymienione stylistyki jak zestaw narzędzi, z których wybiera elementy najlepiej służące budowaniu nastroju. Dzięki temu album pozostaje spójny, mimo że poszczególne utwory różnią się od siebie charakterem. Na pierwszy plan wysuwa się sposób wykorzystania instrumentów smyczkowych. Wiolonczela, skrzypce i altówka stanowią integralną część kompozycji, często przejmując rolę, którą w muzyce alternatywnej zwykle otrzymują syntezatory lub rozbudowane ścieżki gitar. Smyczki zagęszczają fakturę, prowadzą melodie, budują napięcie i dodają utworom wyjątkowej głębi. Dzięki tym zabiegom album zyskuje bardziej organiczny charakter.

Równie istotną rolę odgrywa sekcja rytmiczna. David Addison rzadko wybiera najprostsze rozwiązania. Jego gra opiera się na przesuniętych akcentach i dużej swobodzie rytmicznej. Perkusja nie ogranicza się do podtrzymywania tempa. Aktywnie prowadzi narrację, nadając utworom ruch i wewnętrzne napięcie. Bas Sayi Barbaglii skutecznie spaja całość, pozostając jednocześnie jednym z najbardziej melodyjnych elementów płyty. Centralną postacią pozostaje Clari Freeman-Taylor. Jej głos należy do tych, które trudno pomylić z kimkolwiek innym: Tak długo siedziałam w swoim kokonie / Teraz jestem w pełni ukształtowana. Śpiew wokalistki oparty na cichym, dziewczęcym szepcie potrafi szybko nabrać nerwowej maniery. Frontmenka z dużą swobodą operuje wokalną skalą, pozostawiając w swoich interpretacjach miejsce na kontrolowaną niedoskonałość. Tym sposobem często abstrakcyjne teksty piosenek unikają przesadnej teatralności.


Największym atutem Role Model Hermit okazuje się aranżacyjna konsekwencja. Większość utworów rozwija się stopniowo, bez pośpiechu. Zespół pozwala motywom wybrzmieć, pozostawia przestrzeń dla instrumentów i unika nadmiernego zagęszczania aranżacji. Tak skonstruowane nagrania zyskują przy kolejnych odsłuchach, kiedy coraz łatwiej wychwycić relacje pomiędzy poszczególnymi partiami instrumentów. Dobrze słychać to w Crash Landing – jednym z najbardziej sugestywnych fragmentów płyty. Utwór narasta, przechodząc od intymnego początku do rozbudowanego finału, przy równoczesnym zachowaniu emocjonalnej powściągliwości. Podobny efekt słychać w Blood, gdzie skomplikowane figury gitary splatają się ze smyczkami, tworząc gęstą, ale przejrzystą strukturę. Zupełnie inny charakter wnosi New Muscles, oparty na bębnach i niemal hipnotycznej repetycji. Rezygnacja z tradycyjnego gitarowego fundamentu otwiera tutaj przestrzeń dla rytmu i głosu, dzięki czemu utwór mocno wyróżnia się na tle pozostałych kompozycji. Jednym z najciekawszych momentów płyty pozostaje również Thou Shalt Sprout. Folkowa narracja spotyka się tutaj z rozbudowaną warstwą instrumentalną, której siłę budują pulsujący bas i intensywne partie smyczków. Kompozycja rozwija szereg motywów prowadzących do finału, który robi duże wrażenie właśnie dlatego, że wynika z pączkującego napięcia. Z kolei zamykający album Mouse przynosi wyciszenie. Perkusja, warstwy gitar i instrumentów smyczkowych stopniowo rozmywają się w ciszy, pozostawiając słuchacza z poczuciem niedopowiedzenia. 

Rzecz jasna nie jest to album bez wad. Koncentracja Role Model Hermit na podtrzymaniu narastającej dramaturgi sprawia, że część utworów rozwija się w podobnym schemacie. Czasami przydałoby się zaskoczenie, mocniejsze szarpnięcie, grę na kontrastach. Trudno jednak uznać to za poważną wadę. Debiut londyńskiego tria wyróżnia dojrzałość kompozytorska oraz umiejętnością tworzenia napięcia bez uciekania się do nadmiaru studyjnych efektów. Wysyp obiecujących singli podpisuje zespół już w pełni ukształtowany, przyciągający uwagę bogactwem instrumentalnym, melodycznym i konsekwencją artystycznej wizji, co na progu kariery jest dość rzadkim zjawiskiem wartym poświęcenia uwagi. 




AMF Records, 2026
Foto: Daisy & Tomos Ayscough

Komentarze

  1. P-a-c-y-f-a18 lipca

    Od premiery Crash Landing nie daje mi spokoju. Często wracam do tej piosenki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. < kantor wymiany >18 lipca

    Mocny debiut równoważący surową intensywność, chwytliwe melodie i nieprzewidywalne zmiany nastroju. Album wydaje się zarówno chaotyczny, jak i starannie skonstruowany, a wyróżniające się momenty, takie jak: "Crash Landing", "Blood", "New Muscles", "Thou Shalt Sprout", dobrze ilustrują szeroki zakres aranżacyjnych pomysłów. Wisienką na torcie jest wysoka jakość nagrań, która wszystko ładnie spina analogową klamrą. Moim zdaniem to odważna i bogata emocjonalnie płyta, która przez cały czas zachowuje wypracowaną tożsamość, którą bardzo trudno jest zignorować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę to dziwne, ale specyficzny rytm i molowa elektronika "Crash Landing" przypomina mi o utworze "Street of Philadelphia" - Bruce Springsteena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie nazwałbym tej sytuacji przekazem podprogowym, ale przynajmniej dla starszego pokolenia słuchaczy to może tłumaczyć, dlaczego tak szybko Crash Landing klei się do ucha.

      Usuń
    2. < kantor wymiany >19 lipca

      Aż z ciekawości sprawdziłem - rzeczywiście jest coś na rzeczy

      Usuń
  4. STRADIVARIUS19 lipca

    Sekcja instrumentów smyczkowych jest na tej płycie prawdziwą ozdobą.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz