Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2025

Jaka piękna katastrofa

Literatura od zawsze najchętniej patrzyła na losy człowieka z dwóch perspektyw: kiedy znika horyzont albo kiedy kończy się ląd. Na najnowszej płycie  The Mountain Goats , John Darnielle – lider zespołu splata obie chwile w jedną opowieść i robi to z wrażliwością reżysera, który rozumie, że proroctwo jest łatwiejsze niż odpowiedzialność. Muzycy zespołu muszą to powiedzieć swoim bohaterom – rozbitkom drżącym przy ognisku. Through This Fire Across from Peter Balkan [2025] to album o granicach wiary, zaufaniu do drugiego człowieka i o milczeniu, które zostaje, kiedy to zaufanie znika.  Założenie jest krystaliczne jak woda oceanu: trzech mężczyzn przeżywa katastrofę, trafia na brzeg i czeka na ratunek, który nie nadchodzi. Jest uważny narrator, jest kapitan Peter Balkan, którego fatamorgany przeradzają się w urojone mapy zbawienia, jest wreszcie Adam – cichy trzeci, znikający między jednym a drugim utworem, wchodzący w głąb morza jak w ostatnią obietnicę. Zespół prowadzi ten dram...

W blasku świetlistego poranka

Zapracowany wirtuoz gitary Steve Gunn tworzy mnóstwo wartościowej muzyki. Kilka tygodni temu wydał album instrumentalny Music For Writers [2025], a wcześniej współpracował z liczną grupą znakomitych artystów takich jak: Ryley Walker, Kurt Vile, perkusistą Johnem Truscinskim czy z awangardowym zespołem Beings. Teraz gitarzysta wrócił do trybu piosenkarza, kompozytora, autora tekstów i jest gotowy ogłosić nowe, solowe wydawnictwo niezwiązane z żadnym projektem pobocznym.  Steve Gunn na płycie Daylight Daylight [2025] rezygnuje z rockowej energii wcześniejszych produkcji, by wsłuchać się w szept drewna, strun i oddechu studyjnych pomieszczeń. To płyta o cierpliwości i uważności. Czterdzieści minut muzyki i siedem premierowych utworów wcale nie prosi, by wpuścić je do środka. Spokojnie czeka na moment, kiedy słuchacz uchyli drzwi. Gdy jest gotowy to zrobić – wszystko staje się jasne: świt pyszni się tu czerwienią liści jesiennego klonu, a czas płynie jak mgła nad wyspą stuletnich dę...

Przepływ zamiast ludzkiego ciężaru

Daniel Lopatin – amerykański wizjoner i twórca muzyki elektronicznej pod szyldem Oneohtrix Point Never od lat buduje własne archiwum pamięci i czasu, ale na nowej płycie Tranquilizer [2025] zamienia rolę kustosza przypadkowych dźwięków w rolę performera. Tym razem impuls twórczy nie przychodzi z telewizyjnych ścinek czy manipulacji cyfrowych formatów, lecz z odzyskanych, znikających i powracających bibliotek sampli – narzędzi z założenia użytkowych, które Lopatin przetapia w materiał czysto muzyczny. To album narodzony z ulotności całego zbioru, ale zamiast lęku przed nieodwracalnym zanikiem słychać w nim zgodę na przepływ – akceptację, że wszystko może zostać zapisane i jednocześnie wymyka się spod kontroli. W efekcie powstała płyta mniej konceptualna w deklaracjach, a bardziej instynktowna w geście, jedna z najbardziej przyswajalnych odsłon Oneohtrix Point Never od lat.                        Od pierwszych chwil Tranquilizer...

Słowa jak sztylety

Na drugiej solowej płycie Speak Daggers [2025], Elias Rønnenfelt – muzyk, poeta i frontman duńskiej formacji Iceage konsekwentnie odcina się od rockowego rozpędu macierzystej grupy – spowalnia puls i zagęszcza atmosferę nagrań, umieszczając wszystkie odcienie własnej wrażliwości w jednej, mrocznej bryle. Rdzeniem tego materiału pozostaje głos wokalisty, który chwilami brzmi, jak efekt uboczny woli przetrwania. Duńczyk często przeciąga frazy, wybiera bit, który haczy, dławi się, a potem rusza naprzód jakby przeczył własnej grawitacji. Tam, gdzie kiedyś teksty przebijały się przez zgiełk gitar, dziś króluje lepka perkusja, lub zgrzyt automatu odbijającego daleki pogłos. Na tym tle wokal Rønnenfelta działa jak smuga światła w ciemnym pokoju – nie po to, by rozjaśnić pole widzenia, lecz by podkreślać gęstość brzmienia i brutalność słów. To album o upojnej władzy nad sobą i innymi, ubrany w szorstki mariaż folkowych przebłysków, postpunku i chmurnych elementów rapu.  Zaproszeni muzyc...

Oni znowu to zrobili

Drugi, pozbawiony tytułu album amerykańskiej formacji The Cosmic Tones Research Trio [2025] nie podnosi poprzeczki, a raczej poszerza horyzont. Płyta zawłaszcza uwagę słuchacza niczym rytuał: z cierpliwością, namysłem i klarowną intencją. Zespół z Portland – Roman Norfleet, Harlan Silverman i Kennedy Verrett zagłębiają się w pejzaże dźwiękowe, które od początku definiowały ich wymykające się klasyfikacjom podejście. Jednak tym razem instrumentalna mapa płyty wydaje się bardziej konturowa, choć niezmiennie prowadzi w rejony, gdzie muzyka dotyka tego, co mistyczne i niewypowiedziane. Brzmieniowy rdzeń ośmiu premierowych utworów opiera się na nieoczywistym, lecz trafnie zbalansowanym zestawie instrumentów: wiolonczeli, saksofonie altowym, fortepianie, fletach, perkusjonaliach oraz eklektycznej palecie faktur. Każdy z tych elementów pełni rolę solisty, jak i medium wspólnotowego oddechu. Wiolonczela rysuje linię horyzontu – wyrazistą, organiczną, gęstą. Saksofon rozświetla przestrzeń fraza...

Iconoclasts

Jak na siódmą płytę w dyskografii, Iconoclasts [2025] to tytuł odważny, ale również przewrotny. Zamiast adoptować cudze figury stylistyczne, szwedzka piosenkarka i kompozytorka Anna von Hausswolff postanowiła rozkruszyć własny, ikoniczny piedestał: odsyła na drugi plan monumentalną architekturę organowych katedr, by wydobyć z mroku bardziej klasyczną, piosenkową tkankę. Po dekadzie konsekwentnie wykuwanej legendy szwedzka artystka wraca do bardziej tradycyjnych form domagających się melodii, zwrotek, refrenów, zrozumiałych konturów emocji odzwierciedlonych nagraniem promującym Stardust . Ten gest nie jest kapitulacją, lecz świadomą, precyzyjnie zaplanowaną reorientacją polegającą na demontażu własnej pozy; na odwadze, by pozwolić, żeby zza dźwiękowej fasady przemówił żywy człowiek. Von Hausswolff nie porzuca jednak tego, co w jej języku zawsze było wyjątkowe. Potężne, kościelne organy wciąż pozostają fundamentem. Gotycka groza instrumentu wraca choćby w utworze  An Ocean Time , ...

Gdy cisza, czas i miejsce stają się instrumentami

Odepchnijmy łajbę od pomostu i popłyńmy w mgłę, zobaczymy, co znajdziemy – ta myśl, którą Joe Henry wysłał do Mike’a Reida  działa tu jak hasło założycielskie. I rzeczywiście  Mike Reid & Joe Henry – Life & Time [2025] jest albumem ufności w ciszę, słowo i głos drugiego człowieka. To płyta dwóch odmiennych życiorysów, które niespodziewanie odnajdują wspólny azymut: Reid – niegdyś zapalczywy sportowiec, później natchniony artysta Nashville z tuzinem przebojów numerów jeden, oraz Henry – literacki włóczęga szukający natchnienia na rubieżach muzyki folkowej. Ich przypadkowe spotkanie mogło się skończyć dżentelmeńską wymianą uprzejmości. Zamiast tego przynosi album, który wybiera drogę najtrudniejszą: cichych szeptów i milczących niedopowiedzeń.  Henry trzyma produkcję w ryzach, pamiętając, że zbyt wiele znaczy nic. Tych dwanaście utworów płynie wolno jak dostojna rzeka. Kotwicą jest ciepły, spatynowany wiekiem baryton Reida, a całość opiera się na fortepianowych...