Przez długi czas hiperpop wydawał się zjawiskiem nie tylko estetycznie wątpliwym, ale wręcz kulturowo podejrzanym. Kiedy mniej więcej dekadę temu wszedł z hukiem do szerokiego obiegu, brzmiał jak coś zupełnie niepojętego: muzyki krzykliwej, bezczelnej, poszatkowanej, świadomie odmawiającej chwili skupienia. Połamane struktury, nagłe zwroty akcji, przesterowana elektronika, wokale i plastikowy nadmiar wszystkiego sprawiał wrażenie hałaśliwego bałaganu, który eksplodował w głowie, zostawiał ślad i znikał, zanim zdążyliśmy zadać pytanie, komu i czemu właściwie służy? To pierwsze, dość powierzchowne wrażenie nie w pełni oddaje istotę całego zjawiska. Hiperpop wyrósł przecież z konkretnego środowiska klasowego, ekonomicznego i technologicznego: z internetu przyspieszonego, memicznego, podporządkowanego logice korporacyjnych platform i algorytmów. Jego forma wydaje się idealnie skrojona pod bezmyślne scrollowanie. Nie domaga się cierpliwego trwania ani uważnego przestudiowania twórczych konc...
o muzyce z kulturą