Przez długi czas hiperpop wydawał się zjawiskiem nie tylko estetycznie wątpliwym, ale wręcz kulturowo podejrzanym. Kiedy mniej więcej dekadę temu wszedł z hukiem do szerokiego obiegu, brzmiał jak coś zupełnie niepojętego: muzyki krzykliwej, bezczelnie poszatkowanej, świadomie odmawiającej chwili skupienia. Połamane struktury, nagłe zwroty akcji, przesterowana elektronika, wokale i plastikowy nadmiar wszystkiego sprawiał wrażenie hałaśliwego bałaganu, który eksplodował w głowie, zostawiał ślad i znikał, zanim zdążyliśmy zadać pytanie, komu i czemu właściwie służy?
To pierwsze, dość powierzchowne wrażenie nie w pełni oddaje istotę całego zjawiska. Hiperpop wyrósł przecież z konkretnego środowiska klasowego, ekonomicznego i technologicznego: z internetu przyspieszonego, memicznego, podporządkowanego logice korporacyjnych platform i algorytmów. Jego forma wydaje się idealnie skrojona pod bezmyślne scrollowanie. Nie domaga się cierpliwego trwania ani uważnego studiowania twórczych koncepcji. Zazwyczaj atakuje natychmiastowością. To agresywnie wykreowana estetyka, która wybrzmiewa tak, jak działa współczesna kultura masowa: skokowo, przesadnie, neurotycznie, bez hierarchii między ironią a szczerością, między żartem a wyznaniem, między pozą a rzeczywistym dramatem. W tym sensie hiperpop nie jest tylko zjawiskiem muzycznym, równie często akustyczną emanacją życia napędzanego nadmiarem.
Właśnie dlatego hiperpop budzi tak skrajne reakcje. Wydaje się idealnym produktem epoki rozproszenia. Został zaprojektowany po to, by nie przykuwać uwagi, tylko nią uporczywie wstrząsać. Taka muzyka łatwo staje się tłem dla cyfrowej nadpobudliwości, w której nic nie trwa wystarczająco długo, by mogło naprawdę poruszyć. W tym sensie hiperpop można czytać jako kapitulację sztuki wobec naporu bodźców. Jego najbardziej powierzchowne wcielenia sprawiają wrażenie, jakby nie chciały inspirować ani nawet bawić, jedynie utrzymywać słuchacza w stanie ciągłego pobudzenia.
Mom + Pop, 2026
Foto: Bailey Krawczyk

Widzę, że tym razem gospodarz sprytnie wymigał się od zrecenzowania „U”
OdpowiedzUsuńW gruncie rzeczy recenzja niewiele nowego by wniosła, a temat wyczerpuje powyższy tekst.
UsuńDobrze, że kolega zatrzymał się jedynie na zjawisku, bo muzyką bym tego nie nazwał.
OdpowiedzUsuńMoja córka protestuje i ma odmienne zdanie.
UsuńKażda generacja ma swojego hopla nakręcanego różnymi czynnikami zewnętrznymi mającymi znaczenie kulturotwórcze - czasami szybko przemijające, innym razem zostawiające rodzaj muzycznej mapy drogowej dla przyszłych pokoleń. Dlatego hiperpopem jako zjawiskiem specjalnie bym się nie przejmował - zostanie przetrawiony równie szybko jak punk, new romantic, czy inne podgatunki popu, rapu, soulu, rocka, jazzu, jak również związane z nimi mody. Bardziej mnie interesuje, co z tego ziarna wyrośnie w przyszłości i jakie będzie miało konsekwencje dla dalszego rozwoju, a może upadku popkultury - chociaż takiego scenariusza jakoś nie potrafię sobie wyobrazić.
OdpowiedzUsuńSwego czasu z bólem zębów przerabiałem wszechobecne zjawisko "loudness war", może dlatego hiperpopu nie chcę nawet dotykać. Szkoda zdrowia psychicznego i resztek słuchu.
OdpowiedzUsuń