Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2025

Między Dylanem a Everly Brothers

Dwudziestoletnia kariera Jerry’ego Legera to przykład rzadkiej dziś konsekwencji: bez wielkich kampanii reklamowych, bez medialnych skandali, za to z niezmiennie wysokim poziomem pisania piosenek i żelazną dyscypliną wydawniczą. Kanadyjczyk kojarzony dotąd głównie z nurtem Roots i Americana, na płycie Waves Of Desire [2025] wykonuje wyraźny zwrot w stronę klasycznego popu – jednak nie tego współczesnego, ale zakorzenionego w latach 60 i 70, opartego na chwytliwych melodiach, instrumentalnym rzemiośle, i historiach opowiedzianych w trzy, cztery minuty. Okoliczności powstania płyty dodają jej szczególnego kontekstu. Waves Of Desire został nagrany w przerwie europejskiej trasy, w historycznym studiu Maarweg w Kolonii, nieprzerwanie działającym od lat 50. To miejsce, w którym aura analogowej przeszłości nie jest tylko wystrojem, lecz sprawnie działającą infrastrukturą – pomieszczeniami z naturalną akustyką i sprzętem pamiętającym inne epoki nagraniowe. Leger przyjechał tam ze swoim...

Podróż zamiast ucieczki

Debra Fotheringham – doświadczona piosenkarka, autorka tekstów, gitarzystka, perkusistka, pisarka i poetka, której głos od dawna jest potężną siłą na scenie muzycznej Utah, rezyduje w Salt Lake City i od ponad dwóch dekad tworzy utwory łączące w sobie artystyczną wrażliwość z wyrafinowaną muzykalnością. Mając na koncie trzy płyty studyjne, Fotheringham właśnie wydała  Valley of Annihilation  [2025] swój czwarty, najbardziej ambitny projekt w dotychczasowej karierze. Piosenkarka będąca w równym stopniu gawędziarką, jak i eksploratorką dźwięku buduje karierę, łącząc gatunki zawsze zakorzenione w autentycznych doświadczeniach, za każdym razem sięgając po coś głębszego.  Po przeszło siedmioletniej przerwie Fotheringham wraca z płytą domykającą okres ciszy. Materiał powstały w pandemicznej samotności Vermont jest zapisem ruchu: geograficznego, emocjonalnego i duchowego. Fotheringham bierze na warsztat amerykański mit wędrówki i odwraca go do wewnątrz – to nie eskapizm, ale od...

Źródło domowego ogniska

Real Warmth [2025] to płyta o domu, który już dawno przestał być tylko adresem. W świecie Joan Shelley , amerykańskiej twórczyni muzyki folkowej domem są ludzie: z którymi się gra, śpi w busie, krąży między studiami i salami koncertowymi, których codzienne troski bierze się na siebie. Ten album jest jak atlas takich miejsc – zapis wędrówki artystki z Kentucky na północ, z rodzinnego Louisville do małego miasteczka w Michigan, a potem jeszcze dalej – do Toronto, gdzie znalazła tymczasową przystań.  Shelley od lat buduje reputację jednej z najsubtelniejszych autorek współczesnego folku. Na kilku wcześniejszych płytach Over and Even [2015] czy Like the River Loves the Sea [2019] dominowała oszczędna forma: gitara, głos, drobne przesunięcia harmonii. Nowy album wciąż zachowuje ten sam idiom, ale przenosi go w przestrzeń zbudowaną na zespołowym brzmieniu kreślącym bardziej wyraziste ramy. Producent Ben Whiteley, znany choćby z pracy z The Weather Station zaprasza Shelley do kana...

Przyglądaj się słonecznikom

Muzyka ma moc budzenia nas, usypiania, albo przenoszenia w oniryczne światy. Nowy album Adeline Hotel – Watch the Sunflowers [2025] oferuje wyjątkowe zwieńczenie wszystkich trzech możliwości. Działa jak wzrok odzyskujący pole widzenia: najpierw pojawia się zarys, kilka kolorów, linia horyzontu, dopiero z czasem ujawniają się detale, włókna materii, drobiny kurzu unoszące się w powietrzu. Wcześniejsze płyty Adeline Hotel dryfowały w łagodnej mgle folkowego minimalizmu. Watch the Sunflowers ujawnia niemal medytacyjny charakter. Dan Knishkowy – jedyny stały członek Adeline Hotel, a jednocześnie właściciel wytwórni Ruination Record , umieszcza wydawnictwo gdzieś pomiędzy kruchą intymnością twórczości Sufjana Stevensa a pastoralną melancholią Nicka Drake’a, koncentrując wysiłek twórczy na cierpliwej sztuce dostrzegania.  Album liczy zaledwie siedem utworów, a jednak sprawia wrażenie większej całości, czegoś pomyślanego jako środkowy rozdział złożonej trylogii. Nowojorski tw...

Głośniej, ale wciąż refleksyjnie

Parader [2025] otwiera przed Keatonem Hensonem nowy rozdział, do którego prowadzą wszystkie dotychczasowe płyty, szkice i ucieczki – od akustycznej intymności, po klasyczne kompozycje i instrumentalne azyle. Brytyjski artysta, od lat zaszufladkowany jako patron "smutnej muzyki" wreszcie pozwala sobie na to, by być głośniejszy, cięższy, spontaniczny i paradoksalnie przez to jeszcze bardziej refleksyjny. Ta płyta nie jest ucieczką od melancholii, lecz próbą sprawdzenia, co się stanie, gdy emocje znane ze skrajnie depresyjnych ballad artysty zamieszkają w świecie garażowego rocka. Współpraca z amerykańskim producentem Alexem Farrarem wnosi rockowy sznyt: rozchwiane gitary, czytelny rytm perkusji i powiększone, bardziej szorstkie brzmienie. Nie ma tu jednak gestu zerwania. To raczej poszerzenie kadru. Zamiast zamykać się w kruchej akustycznej formie, Henson sprawdza, czy jego filigranowy głos i emocjonalna nadwrażliwość wytrzymają konfrontację z przesterem rockowego pędu. Okazu...

Atlas tradycji i eksperymentów

Słoweńskie trio Širom wracają z albumem In The Wind Of Night, Hard-Fallen Incantations Whisper [2025] potwierdzającym ich wyjątkową pozycję w odtwarzaniu i pielęgnowaniu folkowych tradycji. Samo Kutin, Ana Kravanja, Iztok Karon po raz kolejny dowodzą, że ich twórczość to nie etykieta a metoda patrzenia na muzykę: zakorzenioną, lecz niezakutą w skansen, czułą na przeszłość, a zarazem odważnie patrzącą w przyszłość. Ta płyta jest dziełem dojrzałym, gęstym i wyjątkowo spójnym. Przypomina rodzaj muzycznego atlasu wskazującego szlaki biegnące od lokalnych tradycji, po współczesne spojrzenie na świat zewnętrzny. Brzmienie Širom powstaje z ręcznie wykonanych instrumentów, z przedmiotów znalezionych, z materii akustycznej rezonującej z ciałem i powietrzem, ale forma tych nagrań podpowiada bardziej współczesne pokrewieństwa. Słoweńskie trio myśli jak twórcy muzyki elektronicznej: budują dramaturgię z niewielkich zmian, z minimalnych przesunięć harmonii, wysokości barwy i pulsu. Kolejne warst...

Jaka piękna katastrofa

Literatura od zawsze najchętniej patrzyła na losy człowieka z dwóch perspektyw: kiedy znika horyzont albo kiedy kończy się ląd. Na najnowszej płycie  The Mountain Goats , John Darnielle – lider zespołu splata obie chwile w jedną opowieść i robi to z wrażliwością reżysera, który rozumie, że proroctwo jest łatwiejsze niż odpowiedzialność. Muzycy zespołu muszą to powiedzieć swoim bohaterom – rozbitkom drżącym przy ognisku. Through This Fire Across from Peter Balkan [2025] to album o granicach wiary, zaufaniu do drugiego człowieka i o milczeniu, które zostaje, kiedy to zaufanie znika.  Założenie jest krystaliczne jak woda oceanu: trzech mężczyzn przeżywa katastrofę, trafia na brzeg i czeka na ratunek, który nie nadchodzi. Jest uważny narrator, jest kapitan Peter Balkan, którego fatamorgany przeradzają się w urojone mapy zbawienia, jest wreszcie Adam – cichy trzeci, znikający między jednym a drugim utworem, wchodzący w głąb morza jak w ostatnią obietnicę. Zespół prowadzi ten dram...

W blasku świetlistego poranka

Zapracowany wirtuoz gitary Steve Gunn tworzy mnóstwo wartościowej muzyki. Kilka tygodni temu wydał album instrumentalny Music For Writers [2025], a wcześniej współpracował z liczną grupą znakomitych artystów takich jak: Ryley Walker, Kurt Vile, perkusistą Johnem Truscinskim czy z awangardowym zespołem Beings. Teraz gitarzysta wrócił do trybu piosenkarza, kompozytora, autora tekstów i jest gotowy ogłosić nowe, solowe wydawnictwo niezwiązane z żadnym projektem pobocznym.  Steve Gunn na płycie Daylight Daylight [2025] rezygnuje z rockowej energii wcześniejszych produkcji, by wsłuchać się w szept drewna, strun i oddechu studyjnych pomieszczeń. To płyta o cierpliwości i uważności. Czterdzieści minut muzyki i siedem premierowych utworów wcale nie prosi, by wpuścić je do środka. Spokojnie czeka na moment, kiedy słuchacz uchyli drzwi. Gdy jest gotowy to zrobić – wszystko staje się jasne: świt pyszni się tu czerwienią liści jesiennego klonu, a czas płynie jak mgła nad wyspą stuletnich dę...

Przepływ zamiast ludzkiego ciężaru

Daniel Lopatin – amerykański wizjoner i twórca muzyki elektronicznej pod szyldem Oneohtrix Point Never od lat buduje własne archiwum pamięci i czasu, ale na nowej płycie Tranquilizer [2025] zamienia rolę kustosza przypadkowych dźwięków w rolę performera. Tym razem impuls twórczy nie przychodzi z telewizyjnych ścinek czy manipulacji cyfrowych formatów, lecz z odzyskanych, znikających i powracających bibliotek sampli – narzędzi z założenia użytkowych, które Lopatin przetapia w materiał czysto muzyczny. To album narodzony z ulotności całego zbioru, ale zamiast lęku przed nieodwracalnym zanikiem słychać w nim zgodę na przepływ – akceptację, że wszystko może zostać zapisane i jednocześnie wymyka się spod kontroli. W efekcie powstała płyta mniej konceptualna w deklaracjach, a bardziej instynktowna w geście, jedna z najbardziej przyswajalnych odsłon Oneohtrix Point Never od lat.                        Od pierwszych chwil Tranquilizer...

Słowa jak sztylety

Na drugiej solowej płycie Speak Daggers [2025], Elias Rønnenfelt – muzyk, poeta i frontman duńskiej formacji Iceage konsekwentnie odcina się od rockowego rozpędu macierzystej grupy – spowalnia puls i zagęszcza atmosferę nagrań, umieszczając wszystkie odcienie własnej wrażliwości w jednej, mrocznej bryle. Rdzeniem tego materiału pozostaje głos wokalisty, który chwilami brzmi, jak efekt uboczny woli przetrwania. Duńczyk często przeciąga frazy, wybiera bit, który haczy, dławi się, a potem rusza naprzód jakby przeczył własnej grawitacji. Tam, gdzie kiedyś teksty przebijały się przez zgiełk gitar, dziś króluje lepka perkusja, lub zgrzyt automatu odbijającego daleki pogłos. Na tym tle wokal Rønnenfelta działa jak smuga światła w ciemnym pokoju – nie po to, by rozjaśnić pole widzenia, lecz by podkreślać gęstość brzmienia i brutalność słów. To album o upojnej władzy nad sobą i innymi, ubrany w szorstki mariaż folkowych przebłysków, postpunku i chmurnych elementów rapu.  Zaproszeni muzyc...

Oni znowu to zrobili

Drugi, pozbawiony tytułu album amerykańskiej formacji The Cosmic Tones Research Trio [2025] nie podnosi poprzeczki, a raczej poszerza horyzont. Płyta zawłaszcza uwagę słuchacza niczym rytuał: z cierpliwością, namysłem i klarowną intencją. Zespół z Portland – Roman Norfleet, Harlan Silverman i Kennedy Verrett zagłębiają się w pejzaże dźwiękowe, które od początku definiowały ich wymykające się klasyfikacjom podejście. Jednak tym razem instrumentalna mapa płyty wydaje się bardziej konturowa, choć niezmiennie prowadzi w rejony, gdzie muzyka dotyka tego, co mistyczne i niewypowiedziane. Brzmieniowy rdzeń ośmiu premierowych utworów opiera się na nieoczywistym, lecz trafnie zbalansowanym zestawie instrumentów: wiolonczeli, saksofonie altowym, fortepianie, fletach, perkusjonaliach oraz eklektycznej palecie faktur. Każdy z tych elementów pełni rolę solisty, jak i medium wspólnotowego oddechu. Wiolonczela rysuje linię horyzontu – wyrazistą, organiczną, gęstą. Saksofon rozświetla przestrzeń fraza...

Iconoclasts

Jak na siódmą płytę w dyskografii, Iconoclasts [2025] to tytuł odważny, ale również przewrotny. Zamiast adoptować cudze figury stylistyczne, szwedzka piosenkarka i kompozytorka Anna von Hausswolff postanowiła rozkruszyć własny, ikoniczny piedestał: odsyła na drugi plan monumentalną architekturę organowych katedr, by wydobyć z mroku bardziej klasyczną, piosenkową tkankę. Po dekadzie konsekwentnie wykuwanej legendy szwedzka artystka wraca do bardziej tradycyjnych form domagających się melodii, zwrotek, refrenów, zrozumiałych konturów emocji odzwierciedlonych nagraniem promującym Stardust . Ten gest nie jest kapitulacją, lecz świadomą, precyzyjnie zaplanowaną reorientacją polegającą na demontażu własnej pozy; na odwadze, by pozwolić, żeby zza dźwiękowej fasady przemówił żywy człowiek. Von Hausswolff nie porzuca jednak tego, co w jej języku zawsze było wyjątkowe. Potężne, kościelne organy wciąż pozostają fundamentem. Gotycka groza instrumentu wraca choćby w utworze  An Ocean Time , ...

Gdy cisza, czas i miejsce stają się instrumentami

Odepchnijmy łajbę od pomostu i popłyńmy w mgłę, zobaczymy, co znajdziemy – ta myśl, którą Joe Henry wysłał do Mike’a Reida  działa tu jak hasło założycielskie. I rzeczywiście  Mike Reid & Joe Henry – Life & Time [2025] jest albumem ufności w ciszę, słowo i głos drugiego człowieka. To płyta dwóch odmiennych życiorysów, które niespodziewanie odnajdują wspólny azymut: Reid – niegdyś zapalczywy sportowiec, później natchniony artysta Nashville z tuzinem przebojów numerów jeden, oraz Henry – literacki włóczęga szukający natchnienia na rubieżach muzyki folkowej. Ich przypadkowe spotkanie mogło się skończyć dżentelmeńską wymianą uprzejmości. Zamiast tego przynosi album, który wybiera drogę najtrudniejszą: cichych szeptów i milczących niedopowiedzeń.  Henry trzyma produkcję w ryzach, pamiętając, że zbyt wiele znaczy nic. Tych dwanaście utworów płynie wolno jak dostojna rzeka. Kotwicą jest ciepły, spatynowany wiekiem baryton Reida, a całość opiera się na fortepianowych...

Hipnoza bez kolejności i ornamentu

Australijskie trio instrumentalne The Necks po raz kolejny zapraszają do świata, w którym oś czasu przestaje być linią, a staje się materią do formowania. Trzy płyty, ponad trzy godziny muzyki Disquiet [2025] składające się z czterech odrębnych nagrań eksploruje dość zróżnicowany teren. Na tym polega urok muzyki The Necks – nigdy nie wiemy, dokąd zmierzają, jak tam dotrą i gdzie wylądują. Dwudziesty album studyjny wydany w trzydziestym dziewiątym roku działalności tria, brzmi jak dojrzałe podsumowanie i ryzykowny krok naprzód. Ten rozległy koncept nie tyle proponuje cztery nowe utwory, ile tworzy ciąg warunków do ich słuchania – muzyczną mapę, którą za każdym razem może zacząć rysować się od nowa.  The Necks pozostają wierni swojej triadowej alchemii: klawisze  Chrisa Abrahamsa , kontrabas Lloyda Swantona ,   perkusja Tony’ego Bucka – ale ich instrumentarium, nie po raz pierwszy rozsadza rzeczywistość. Pomiędzy tonami i uderzeniami wyłania się życie: szmery, rezonans...

Szepty brzmiące jak manifest

The Besnard Lakes – weterani montrealskiej sceny alternatywnej przypominają o sobie płytą, która zamiast mnożyć efekty spektaklu, stawia na wytrwałość spojrzenia. The Besnard Lakes Are the Ghost Nation [2025] to album skrojony na miarę czasów niepokoju: błyskotliwy, kontemplacyjny, niekiedy wręcz posępny, a zarazem ujmujący swoim spokojem. Jace Lasek i Olga Goreas, od lat prowadzący zespół przez kolejne odsłony rockowej progresji, wciąż wierzą w długie formy i emocjonalne napięcia budowane bez pośpiechu. Czy chodzi o świat w ich zasięgu, czy ten poza ich orbitą, Kanadyjczycy zawsze byli doskonale obeznani z niebezpieczeństwami i destrukcją. By okiełznać zamęt, tym razem zauważalnie przygaszają brzmienie i przekierowują uwagę na treść – to posunięcie okazuje się ich najmocniejszą kartą. Album otwiera kompozycja Calling Ghostly Nations . Spowijająca mgła syntezatorów Gabriela Lamberta i Sheenah Ko stanowi tło, na którym Olga Goreas wyłania się niczym zjawa z innego świata. To najba...

Jak zza ściany dowodzić parkietem

Rochelle Jordan błyszczy o zmroku, ale jej najnowszy album Through the Wall [2025] nie wywraca tanecznej formuły do góry nogami. Już od pierwszych taktów płyty słychać, że mamy do czynienia z artystką rozpalającą noc – świadomie władającą napięciem i gestem. Przy stonowanych refleksach i miękkich barwach, Jordan buduje własne brzmienie: selektywne, intymne, z łagodnie odsłoniętą barwą głosu. To trzeci album brytyjsko‑kanadyjskiej piosenkarki i jednocześnie najbardziej zdecydowana deklaracja stylistyczna: średnie tempa, aksamitne tony, rytmiczny puls wyrzeźbiony jakby z jednego bloku, wokal skupiony na precyzji. Kiedy jej rówieśniczki lubią przeginać formę, by brzmieć jak syrena alarmowa, ona trzyma projekt na dystans i wygrywa konsekwencją. Nie ma tu miejsca na popisową erupcję, ale jest powabny żar, który ustawi atmosferę każdej imprezy.  Przestrzeń Through the Wall wyznacza siedemnaście utworów, ale to nie rozmiar robi wrażenie, tylko dyscyplina. Jordan przenosi ciężar pro...

Dźwiękowa odyseja filmu Sirāt

Opowieść o drodze, historia drogi, czy film o drodze jest kanonem używanym przez artystów od czasu, gdy pierwszy fikcyjny mit został wykuty na kamiennych tablicach wraz z Eposem o Gilgameszu. W przemierzaniu świata jest coś, co odzwierciedla ruch, ciągłe zmiany i rozwój postaci, oferując uporządkowany plan, który stawia przed bohaterem wyzwania do pokonania i wyciągnięcia z nich wniosków. Jednak wykorzystanie mitologicznej podróży jest dziś znacznie mniej powszechne niż w przypadku starożytnych Greków, z historiami takimi jak Orfeusz czy Odyseja. Zamiast tego współczesne kino często decyduje się na bardziej dosłowną eksplorację samopoznania. W takim kierunku zmierza francusko-hiszpański reżyser Oliver Laxe, który w swoim najnowszym, nagrodzonym w Cannes filmie Sirāt [2025] próbuje na nowo rozpalić ogień mitycznych opowieści. Sirāt opowiada historię hiszpańskiego ojca Luisa, który wraz ze swoim małym synem Estebanem poszukuje zaginionej córki Mar. Przemierzając jałowe tereny, dołączaj...